Patrzę na Berlin z kopuły Reichstagu. I to, co widzę, i to, o czym wiem, potwierdza obserwację architekta i planisty Güntera Schlusche: stolica zjednoczonych Niemiec to architektoniczne laboratorium, które nigdy się już nie powtórzy.
90 km na zachód od naszej granicy już ponad 10 lat powstaje miasto XXI wieku. Zadania są proste w hasłach, ale diablo skomplikowane w realizacji. Trzeba przystosować całą aglomerację, by sprostała wymogom politycznego serca na powrót zrośniętych Niemiec. I jednocześnie po prostu złączyć w jeden organizm jakże różne, oddzielone kiedyś murem, dwie części miasta.
Coś z doświadczeń
Po wojnie w zachodniej i wschodniej części Berlina ochoczo sięgano po kilof i „rozluźniano” centra dzielnic; na przedmieściach wyrastały zunifikowane betonowe blokowiska. A było co burzyć, gdyż wojenne zniszczenia stolicy Rzeszy były znacznie mniejsze niż w Warszawie. Co do skali, rujnowanie ocalałych budowli da się porównać z wojennym kataklizmem. W 1964 roku na przykład zachodnioberliński Senat podjął decyzję o rewitalizacji miasta, która dotyczyła aż 60 tys. mieszkań i 120 tys. lokatorów. Całe kwartały czynszówek padły ofiarą buldożerów. Ich miejsce zajęła zabudowa z dominacją luźno rozrzuconych wysokich punktowców mieszkalnych. Tak pojmowana nowoczesność budziła entuzjazm opinii publicznej.
Ale już w dyskusjach na początku lat 70. w zachodnim Berlinie pojawiły się egzotyczne przedtem pojęcia „środowisko”, „klimat miasta” i „historyczne ukształtowanie”. I mieszkańcy, i planiści zaczęli nawoływać, by zachować i odnawiać stare miasto. W 1972 roku rozpoczęto realizację pilotażowych projektów — w tym rewitalizacji kilku kwartałów Charlottenburga. W 1979 roku władze zachodniej części Berlina zdecydowały, by do centrum miasta powróciły mieszkania. A niezburzoną jeszcze część Kreuzberga poddano pieczołowitej opiece.
Zdobyte tam i w Charlottenburgu doświadczenia przydają się dziś jak znalazł w dzielnicach wschodnich, jak: Prenzlauer Berg, Scheunenviertel czy północna część Mitte. Dyskusje nad projektami są gorące — żywo berlińczyków obchodzą i ściągają tysiące ludzi.
Projekty sław
Walka o uratowanie klimatu starego Kreuzberga — i jej społeczny oddźwięk — dopomogła też w zmianie poglądów na współczesne miasto nie tylko urbanistom i architektom, ale — co może i ważniejsze — urzędnikom i politykom. Ostrożna sanacja starych dzielnic znalazła się w dokumentach o odbudowie stolicy zjednoczonych Niemiec, zapoczątkowanej decyzją Bundestagu z 20 czerwca 1991 roku o przeniesieniu politycznego centrum RFN z Bonn do Berlina.
Kiedy idę przez Pariser Platz, obok zamykającej go Bramy Brandenburskiej, muszę z aprobatą kiwać głową: udało się połączyć funkcję reprezentacyjną z wielkomiejską i publiczną. Patrzę na jakąś azjatycką delegację (to miejsce przyjmowania dyplomatycznych wizyt) i mnóstwo berlińczyków, zajętych swoimi sprawami albo po prostu, spacerem. Mało blichtru, elegancja, ale i przyjazna codzienność.
Nic dziwnego zatem, że w planie dotyczącym całego Berlina przewidziano wierne odtwarzanie tkanki miejskiej w centrum po wschodniej stronie. Projektanci muszą mieć na uwadze, że Berlin powinien zachować tożsamość, zakorzenioną we własnej historii budowlanej. Te normy zakładają na przykład w reprezentacyjnym centrum dawnego wschodniego Berlina — Dorotheen-und Friedrichstadt — „krytyczną rekonstrukcję”, a więc ostrożną rewitalizację i wypełnianie luk w pierzejach w duchu otaczającej zabudowy, a dla całej połaci Potsdamer Platz, Lehrter Banhof i Spreeinsel zasadę europejskiego miasta (to powrót do dorobku urbanistyki miejskiej z początków XX stulecia!). Mimo ograniczeń, niemiecka stolica przyciąga architektów. Projektują tu m.in. zespoły z Hamburga, Monachium, Stuttgartu, Hanoweru, Düsseldorfu, a także sławy innych narodów: Piano, Foster, Burelli, Rossi, Wilford, Childs, Isozaki.
Potsdamer Platz
Przed wojną było to jedno z najbardziej ruchliwych skrzyżowań w mieście oraz miejsce spotkań i rozrywki berlińczyków. Tu od 1945 roku zbiegały się granice sektorów okupacyjnych: sowieckiego, amerykańskiego i brytyjskiego. W 1961 roku plac przedzielił mur, a pierwsza linia berlińskiego metra z 1907 roku, łącząca Potsdamer Platz ze wschodnioberlińską Stralauer Tor zamarła. Plac zamienił się w pustkowie.
Po zjednoczeniu część placu wziął we władanie Daimler-Benz. Renzo Piano, Arata Isozaki, Hans Kollhoff stworzyli jedyny w swoim rodzaju zespół nowoczesnej zabudowy miejskiej w Europie. Na prawie 7 hektarach powstała całkiem nowa połać miasta. Wejście otwierają (niczym ogromne wrota) dwa wysokościowce, w obrysie nawiązujące do przedwojennej zabudowy. Po drugiej stronie wznosi się Sony Center (siedem wolno stojących budynków projektu Helmuta Jahna). Tu poza biurami i mieszkaniami mieszczą się kina, restauracje, butiki i europejska siedziba Sony. Centralny punkt trójkątnego kwartału tworzy owalne forum, przykryte spektakularym stalowo-szklanym dachem. Stalowo-szklane budynki Sony Center (ze stumetrowej wysokości dominującym wieżowcem) kontrastują z kamiennym Daimler-City po drugiej stronie Neue Potsdamer Strasse, oba kwartały doskonale się uzupełniają, choć wokół nich jeszcze pustka. Pracom nad łączącym się z Potsdamer Platz Leipziger Platz daleko do ukończenia.
Pryzmat Reichstagu
W 1997 roku zakończono przebudowę monumentalnego Reichstagu, gdzie odbywają się obrady plenarne Bundestagu. Atrakcją tej budowli jest szklana kopuła widokowa (projekt sir Normana Fostera). To wyjątek od reguły — odtworzenia historycznego wyglądu gmachu. Od rana do późnego wieczora przed wejściem do parlamentu widać kolejki turystów, pragnących ujrzeć z kopuły urzekającą panoramę całego Berlina. Im kopuła przydaje się na pewno.
Obok Reichstagu, na łuku Sprewy powstaje dzielnica parlamentarno-rządowa. Gotowy jest już gmach Urzędu Kanclerskiego, wykańcza się budynki biur poselskich i administracji Bundestagu. Surowy beton i duże, przeszklone przestrzenie, mające symbolizować jawność i czystość procedur demokracji... Budynki zdecydowanie ustępują jednak — i estetyką, i polotem — Potsdamer Platz.
Za dzielnicą parlamentarno-rządową wyłania się z gruntu główny dworzec kolejowy, dotychczasowy Lehrter Bahnhoff. Rozwój Berlina, europejskiej metropolii gospodarczej zapowiada skok ruchu pasażerskiego. Nowy centralny dworzec (stanie do 2006 roku), dotychczas największa inwestycja kolejowa w Europie, umożliwi bezpośrednie połączenie kolejowe na osi północ-południe i przesiadki na kierunek wschód-zachód. Przez ten dworzec codziennie przewijać się będzie 240 tys. pasażerów!
Nazi-styl?
Współczesny nam Berlin: rozmach, staranność, przemyślana koncepcja... Ale gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą.
Dominujący styl biurowy (budynki rządowe i administracji Bundestagu, przedstawicielstwa landów) razi monotonią i podobieństwem do wytworów totalitarnej architektury z czasów nazistowskich i stalinowskich, których nadal stoi w Berlinie niemało.
Zarzut inspiracji architekturą nazistowską „Der Spiegel” postawił czołowym architektom — Hansowi Kollhoffowi i Josefowi Paulowi Kleihuesowi. Zaletą ich berlińskich budynków jest przynajmniej staranne wykonanie; nie szastają w elewacjach szkłem, decydują się na okładziny kamienne. I nie zapominają o niebezpieczeństwie biurowej martwoty — na parterach przewidziano miejsce na sklepy, restauracje, kawiarnie czy kina.
A dzieła cudzoziemców? I tu jest różnie. Budynki ambasady francuskiej i brytyjskiej są przeciętne, skromny z zewnątrz gmach DG Banku, autorstwa wielkiego Amerykanina Franka O. Gehrego, przy Pariser Platz dopiero we wnętrzu kryje ciekawą kompozycję przestrzenną dziedzińca, przypominającą rybę... Sąsiedni Hotel Adlon, słynny w przedwojennym Berlinie niby Bristol w Warszawie, to gmach o tej samej nazwie i funkcji, ale z lat 90. Najdroższy i najbardziej ekskluzywny hotel współczesnego Berlina jest zaledwie luźną fantazją na temat poprzednika...
Manhattan później
Berlin też dosięgła recesja. Do lepszych czasów poczekają pewnie ambitne projekty — zwłaszcza przebudowa koszmarnej enerdowskiej zabudowy Alexanderplatz w „berliński Manhattan”. A przecież do 2013 roku miało tu strzelić w niebo siedem 150-metrowych wieżowców, uzupełnionych budynkami mieszkalnymi, sklepami i gastronomią!
A inwestycje miejskie? Berlin jako kraj związkowy przeżywa kryzys finansów publicznych. W końcu zeszłego roku jego zadłużenie wyniosło 46 mld euro, a w 2006 roku powinno dojść do prawie 58 mld euro! No i te spory... Lewica wytyka chadeckiej większości wspieranie budownictwa dla zamożnych, choćby we wschodniej części miasta: w miejsce luksusowych enklaw komunistycznych prominentów powstały zdominowane przez przybyszy z zachodu kraju oazy ostentacyjnego dobrobytu.
Tyle dziegciu. Tylko ślepi nie widzą sukcesu władz Berlina: zacierania w krajobrazie miasta podziału i scalenia układu komunikacyjnego. Nikt o zdrowych zmysłach nie oczekiwał, że po kilku dziesięcioleciach sztucznego rozdarcia organizmu miejskiego zaledwie w ciągu dekady uda się wszystko ponaprawiać.
To zadanie na pokolenie. Co najmniej.