Nazwę Nippon tłumaczy się jako Kraj Wschodzącego Słońca, co odnosi się do położenia Wysp Japońskich względem Azji, a tym bardziej Europy.
Geograficznie Wyspy Japońskie nie są jednak kresami Wschodu, bo przecież trzeba z nich przejechać jeszcze trzy strefy czasowe, aby na środku Pacyfiku dotrzeć do linii zmiany daty, od której zaczyna się Zachód. Jednak z naszego punktu widzenia Japonia leży niesamowicie daleko... Gdy jutro wieczorem Polacy dopiero zaczną się zbierać na sylwestrowe bale, Japończycy będą z rokiem 2006 już oswojeni — przyjdzie do nich o całe osiem godzin wcześniej.
108 uderzeń oczyszcza
Chrześcijaństwo wyznaje niecałe 2 proc. Japończyków, dlatego Boże Narodzenie (Kurisumasu) nie jest czasem wolnym od pracy. Kulturowa globalizacja oczywiście odcisnęła swój znak, ale w specyficzny sposób — Wigilia stała się w Japonii dniem młodzieżowych imprez i randek, czymś na podobieństwo słowiańskiej Nocy Kupały. Tradycyjną potrawą jest bogato zdobiony biały tort z truskawkami (kurisumasu-keeki). Młodzi ludzie, których ominie wigilijna konsumpcja — tortu i jakiegoś... deseru do tortu — czują się sfrustrowani.
Powszedniość dni 25 i 26 grudnia Japończycy odbijają sobie z nawiązką w Nowy Rok, który jest w ich tradycji największym, wyjątkowym świętem — Oshougatsu. Trwa ono od 1 do 3 stycznia i przez te trzy dni pracowity naród całkowicie się wyluzowuje. Wszystkie firmy i urzędy są oczywiście zamknięte, a czas spędza się na rodzinnych spotkaniach, podczas których spożywane są tradycyjne potrawy. Między innymi toso — specjalny rodzaj sake zapewniający długowieczność, oraz ozoni i mochi, czyli zupa z kleistymi, obrzędowo ubijanymi plackami ryżowymi.
1 stycznia o wschodzie słońca cesarz rytualnie oddaje cześć swoim poprzednikom, odwiedzając ich grobowce oraz modląc się w świątyni za poddanych. 2 stycznia zaś owi poddani dostępują łaski wpuszczenia do pałacu cesarskiego — może nie w liczbie 127 mln, ale w delegacji, powiedzmy, kilkudziesięciotysięcznej, co i tak zakorkowuje bramy. Wielkie znaczenie dla Japończyka ma także noc z 1 na 2 stycznia, a konkretnie pierwszy sen, zwany hatsuyume. Powinien być pomyślny, a jeśli trafią się koszmary (ostatnio coraz powszechniejsze), to za wszelką cenę należy „odwrócić sen”, na co są podobno sposoby.
Biorąc pod uwagę totalne skomputeryzowanie Japonii, tradycją wręcz zdumiewającą jest wysyłanie milionów kartek noworocznych z czerwonym napisem „nenga”. Są kupowane, tworzone na komputerach czy też malowane ręcznie — ale wysyłane jak najbardziej tradycyjnie. Dla japońskiej poczty ta gigantyczna operacja logistyczna jest sprawą honoru, albowiem kartki można nadawać już od początku grudnia, ale cała sztuka polega na tym, aby wszystkie dotarły do adresatów punktualnie 1 stycznia. I docierają! W jaki sposób? Poczta zatrudnia na ten jeden dzień kilkaset tysięcy dodatkowych listonoszy.
Zanim nadejdzie trzydniowy Oshougatsu, 31 grudnia przypada Omisoka, czyli po naszemu imieniny Sylwestra. W Japonii dzień ten ma charakter religijny, będąc odpowiednikiem chrześcijańskiej Wigilii. Obrzędy joya-no kane zaczynają się grubo przed północą. We wszystkich świątyniach buddyjskich mnisi i kapłani miarowo uderzają w dzwony, których dźwięk ma moc oczyszczającą. Japońskie dzwony nie mają serca, lecz są uderzane z zewnątrz podłużnymi belkami. Uderzeń zawsze jest 108, albowiem według religii buddyjskiej właśnie tyle istnieje cierpień i ułomności ludzkich. 107 z nich zajmuje ostatnie godziny roku, a numer 108 przypada dokładnie o północy. U nas odwrotnie — dopiero w tym momencie zegary zaczynają bić, no i uderzają tylko 12 razy. We współczesnej Japonii mało kto słucha 108 oczyszczających uderzeń na żywo w świątyni, ale transmitują je wszystkie telewizje.
Chryzantemowa zagwozdka
Oprócz 2 stycznia, cesarski pałac Kokyo otwierany jest dla publiczności tylko w dniu urodzin aktualnego władcy. To święto państwowe. Cesarz Akihito, zasiadający na Chryzantemowym Tronie od śmierci ojca Hirohito w roku 1989, urodził się 23 grudnia — a zatem oba dni otwarte dzieli bardzo mały odstęp czasowy. Zgodnie z legendą Akihito jest 125. władcą nieprzerwanej linii dynastycznej, licząc od czasów mitologicznych aż do dzisiaj.
Pałac Kokyo wznosi się w samym środku Tokio, na miejscu XIV-wiecznej fortecy Edo. Był wielokrotnie niszczony, odbudowywany i przebudowywany. Jego ostatnia wersja pochodzi z roku 1888, z tym że w czasie wojny pałac został całkowicie zniszczony przez amerykańskie lotnictwo. Pieczołowita odbudowa trwała do roku 1968, a zatem Kokyo jest dzisiaj zabytkiem na takich zasadach jak Zamek Królewski w Warszawie — duch historii tchnięty został w nowe mury. Oblany szeroką fosą kompleks pałacowy zajmuje powierzchnię 160 hektarów. Zewnętrzny ogród ma charakter parku publicznego, którego największą atrakcją jest pocztówkowy widok na most Nijubashi nad fosą. Dla mnie osobiście znacznie ciekawszy był cywilizacyjny i architektoniczny kontrast między wielką zieloną wyspą — jaką stanowi zespół pałacowy — a otaczającymi ją ze wszystkich stron ścianami potężnych wieżowców.
Kiedy tydzień temu cesarz Akihito urodzinowo pozdrawiał z balkonu — zasłoniętego kuloodporną szybą — wielotysięczny tłum, wiwatujący chorągiewkami i wznoszący okrzyki „banzai”, zainteresowanie poddanych skupiało się nie na 72-letnim władcy, nie na 45-letnim następcy tronu Naruhito, lecz już na kolejnym pokoleniu — 4-letniej księżniczce Aiko. Prawdopodobnie wkrótce sądownie uznane zostanie prawo żeńskiej sukcesji Chryzantemowego Tronu i właśnie Aiko zostanie pierwszą cesarzową po wiekach rządów męskich.
Kopii daleko do oryginału
Pół wieku temu Hollywood przerabiało na westerny samurajskie dramaty, zwłaszcza dzieła Akira Kurosawy — „Siedmiu samurajów”, „Rashomon” itd. Japończycy poważyli się na operację odwrotną — przekalkowanie paryskiej wieży Eiffla. Tokijską kopię ukończono w roku 1958, a stal zużyta na jej konstrukcję pochodziła z… przetopienia japońskich czołgów, co było symbolem pogrzebania militaryzmu. Oprócz funkcji punktu widokowego i anteny nadawczej, Tokyo Tower jest bardzo pomocna w prognozowaniu trzęsień ziemi oraz ostrzeganiu przed tsunami.
Pierwszy raz zobaczyłem ją z bliska — znaczy z pierwszego rzędu kina — ponad 30 lat temu w filmie „Ucieczka King Konga”, czyli w japońskiej wersji przygód wielkiej małpy. Finał został umiejscowiony właśnie na wieży, gdzie King Kong stoczył tytaniczny pojedynek z Mechani-Kongiem — robotyczną wersją samego siebie. Trudno się zatem dziwić, że gdy podczas pierwszego w życiu pobytu w Tokio miałem jedyne wolne popołudnie — żadna atrakcja nie mogła się równać wieży. Notabene polecam sprawdzoną zasadę — jeśli gdzieś na świecie ma się na zwiedzanie bardzo mało czasu, to lepiej darować sobie detale i hurtowo zobaczyć… wszystko, czyli wjechać lub wdrapać się na najwyższą dostępną budowlę czy wierzchołek.
Tokyo Tower mierzy sobie 333 m, czyli więcej od oryginału — Tour Eiffel miała 300,5 m, a przez lata dzięki nadstawkom antenowym urosła do 324 m. Japońska przewaga wysokości jest jednak złudna, albowiem w Paryżu trzy platformy widokowe znajdują się na 57, 115 i 274 m, zaś w Tokio są dwie — 150 i tylko 250 m. Tymi zaniżonymi 24 metrami poczułem się rozczarowany, ale nie tak jak wątkiem komercyjnym. Bilet na wieżę reklamowany jest w cenie 820 jenów (niecałe 23 zł), lecz dopiero na poziomie 150 m okazuje się, iż wjazd na 250 m traktowany jest jako ekstrawagancja i kosztuje… następne 600 jenów (16,50 zł). To żaden majątek, ale chodzi o zasady.
Wieża pomalowana jest w kolorze wschodzącego słońca z japońskiej flagi. Generalnie do paryskiego wzorca ma się tak jak szokujące ostrością japońskie kreskówki do ciepłych filmów animowanych Walta Disneya. Charakterystyczne, że gdy podczas kolejnego pobytu w Tokio chciałem porównać swoje wrażenia z opinią Henryka Lipszyca, wybitnego znawcy języka i kultury japońskiej, naszego ambasadora w Japonii w latach 1991-96 — profesor stwierdził, że tyle razy gościł i tyle lat mieszkał w Tokio, ale na wieży jeszcze nie był…
Wszystko to jakoś się kręci
Z wysokości 250 metrów widoczność sięga po kilkanaście kilometrów w każdą stronę. Tokio jawi się nieprawdopodobnym molochem, na pierwsze wrażenie — niemal nie do życia. Zgadza się to z opiniami wielu jego mieszkańców, którzy sami współtworzą tłok w metrze i korki na ulicach, a nawet w sieci autostrad rozpiętej na wielopiętrowych estakadach. Japońska stolica w swoich granicach administracyjnych liczy 12 mln ludzi, a w całej aglomeracji tokijskiej żyje ich ponad 33 mln.
W XX wieku Tokio przeżyło dwa kataklizmy. 1 września 1923 r. potężne trzęsienie ziemi zniszczyło cały region, grzebiąc ponad 100 tys. ludzi. W końcówce drugiej wojny światowej, 10 marca 1945 r. amerykański nalot dywanowy wywołał nie wielki pożar, lecz piekielną burzę ogniową, w której spłonęło także ponad 100 tys. ludzi oraz kawał miasta. Dlatego przy zwiedzaniu świątyń i innych obiektów zabytkowych istotna jest informacja, jakie były losy danego miejsca w roku 1923 i w 1945.
Miasto właściwie nie ma jednego centrum, poza pełniącym taką rolę ze względów historycznych i ustrojowych cesarskim pałacem Kokyo i jego najbliższym otoczeniem. Taki gigant po prostu nie może mieć centrum, tym bardziej że rozwijał się bez spójnego planu zagospodarowania przestrzennego. Dlatego wyrosły biznesowe subcentra, których znakami są kępy wspaniałych wieżowców — Shinjuku, Tsukudajima, Roppongi czy najbardziej znana Ginza.
System komunikacji publicznej tokijskiego molocha działa, jak na skalę jego zadań, doskonale. Pierwsze spojrzenie gościa z zagranicy na plan metra wręcz go paraliżuje. Kiedy jednak się w tę plątaninę wgryźć, szybko się ona normalizuje. Dla mnie największym problemem pozostawał oczywiście brak informacji po angielsku, ale w końcu zawsze gdzieś się ona znalazła — napis zapalał się na kilka senkund, a potem wracał do znaków japońskich. Innym utrudnieniem, zupełnie niepojętym w wielkich metropoliach europejskich, jest okoliczność, iż poszczególne linie metra należą do różnych przewoźników, co bardzo komplikuje system biletowy.
Parszywa czternastka
Spośród tokijskich świątyń specyficzną sławę zyskał szintoistyczny chram Yasukuni, który w roku 1876 zbudował cesarz Meji dla uczczenia dusz poległych samurajów. Stopniowo zaczęto w nim dodawać dusze żołnierzy poległych w kolejnych wojnach toczonych w XIX i XX w. Łącznie zebrało się już 2 466 495. Upamiętniają je tabliczki zwane kami. Wielkim problemem jest 14 dusz — głównych japońskich zbrodniarzy wojennych, skazanych w tokijskim odpowiedniku procesu w Norymberdze. Najsłynniejszy z nich to generał i premier Hideki Tojo, postać numer jeden japońskiego militaryzmu, inicjator ataku na Pearl Harbor i wciągnięcia Japonii do wojny, po klęsce usiłujący popełnić samobójstwo, odratowany, następnie skazany i powieszony razem z całą czternastką 23 grudnia 1948 r. Jakąż podwójną wymowę ma w Japonii 23 grudnia…
Od czterech lat obecny premier Yunichiro Koizumi składa wizyty w Yasukuni, aby „pomodlić się o pokój na świecie” (yasukuni znaczy „przynieść pokój krajowi”). Wyprowadza tym z równowagi sąsiadów, zwłaszcza Chińczyków i Koreańczyków, którzy w czasie wojny wycierpieli od Japończyków potworności. Według nich te demonstracje szefa japońskiego rządu są „sypaniem soli na jątrzące się rany”.
Pięknie utrzymany i zagospodarowany kompleks Yasukuni to nie tylko świątynia. Po jej lewej stronie stoi, nieco schowany, ale w dobrym stanie, pomnik poświęcony oddziałom Kempeitai, czyli japońskiego odpowiednika SS. Po prawej stronie zaś znajduje się muzeum wojny, gdzie w romantyczny sposób gloryfikuje się działalność japońskiej armii w XIX i XX w. Zwiedziłem tę ekspozycję z wielkim zainteresowaniem, ponieważ koryguje ona historyczną wiedzę Europejczyka. Ot, choćby słynny atak na Pearl Harbor — nastąpił nie w niedzielę 7, lecz w poniedziałek 8 grudnia 1941 r. Tę inność łatwo zrozumieć, albowiem wiąże się ona z linią zmiany daty, w Tokio był wówczas już następny dzień. Ciekawsze jest nazwanie ataku „operacją ofensywną”, uzasadnioną gospodarczym gnębieniem Japonii i całej Azji przez amerykański imperializm.
Nasi tu byli — sto lat temu
Kreśląc kilka powyższych japońskich obrazków, szukałem alternatywy dla standardowych opisów z przewodników i folderów. To niełatwe, bo Tokio zostało już przerobione na wszystkie możliwe sposoby. Ale odkrywa jeszcze wiele ciekawostek — oto jedna sprzed stu lat. W istniejącym do dzisiaj — co stwierdziłem naocznie — hotelu Seiyoken w lipcu 1904 r. zatrzymał się Józef Piłsudski, który przyjechał do Tokio w czasie wojny japońsko-rosyjskiej, szukając sprzymierzeńca przeciwko Rosji. Miał pecha, bo w hotelu Metropol stanął mający przeciwne poglądy Roman Dmowski. Jak przebiegła rozmowa obu polityków i jak ich konflikt potraktowali Japończycy — może przy innej okazji…
