To dziś w naszym życiu politycznym jeden z najczęściej wymienianych wyrazów: „chroni go immunitet”, „powołał się na immunitet”, „zrzekł się immunitetu”, „Sejm uchylił immunitet” — i tym podobnie, w różnych kontekstach i z przeróżnymi komentarzami.
Konstytucja zapewnia wybrańcom narodu osłonę prawną: nie można ich zatrzymać bez zgody Sejmu. Istnieją też, jak wiadomo, immunitety sędziowskie i dyplomatyczne. Istota i cel tej instytucji pozostają jasne – immunitet daje poczucie bezpieczeństwa podczas wykonywania zadań związanych z daną godnością, chroni przed nadużyciami władzy przez rządzących oraz przed prowokacjami ze strony opozycji.
W rzymskich tekstach prawniczych termin „immunitet” ('immunitas') występuje często, wszakże jego znaczenie bardzo odbiega od obecnie przyjętego. Chodzi z reguły o zwolnienie osób pojedynczych lub też grup osób, a nawet całych miejscowości od płacenia podatków oraz ponoszenia różnych ciężarów na rzecz państwa lub gminy. Przywilej był przyznawany przez senat, gminę, cesarza w rozmaitych zakresach: mógł być częściowy lub pełny i dożywotni, niekiedy nawet dziedziczny. W wojsku zwalniał od niektórych obowiązków. Mniej więcej to samo oznaczał w średniowieczu.
Cesarz Neron, bardzo niedobry, ale szczery jednak wielbiciel greckiej kultury, obdarzył prowincję Achaję, czyli Grecję, wolnością i immunitetem. Wkrótce Wespazjan cofnął ten przywilej — w ramach oszczędności. To on dla ratowania budżetu wprowadził nawet opłatę za urynę, pobieraną z publicznych szaletów przez foluszników. Właśnie o pierwszych uzyskanych tym sposobem pieniądzach powiedział: „Przecież nie śmierdzą!”. Te słowa w nieco zmienionej formie, „pecunia non olet”, zna każdy. Kto jednak pamięta, że tenże Wespazjan przyznał immunitet nauczycielom i lekarzom — w uznaniu ich wielkich zasług dla społeczności?
W światłym wieku XXI o podobnym immunitecie dla tychże zawodów nikt nie śmiałby nawet wspomnieć. Zresztą nawet nasz immunitet poselski takich dobrodziejstw materialnych nie daje. I oto pytanie, co radowałoby parlamentariuszy bardziej: ów starożytny, czyli zwolnienie od podatków i świadczeń, czy też obecny, sprowadzający się praktycznie do osłony prawnej — i to z reguły uchylanej? Słaba to dla nich pociecha, że mogą podróżować za darmo publicznymi środkami transportu.
Skądże więc obecne rozumienie immunitetu? I ono ma swój rzymski rodowód. Trybunowie ludu jako wybieralni reprezentanci plebsu wobec władz i senatu byli „sacrosancti”, czyli „święcie nietykalni”. Kto przeszkadzał im w pełnieniu obowiązków, sam stawiał się poza prawem i każdy mógł go bezkarnie zabić. Trybunat powstał niemal dokładnie 2500 lat temu, w samych początkach republiki rzymskiej. Pomysł okazał się w istocie genialny, skoro — choć pod inną nazwą i w złagodzonej formie — działa do dziś we wszystkich państwach demokratycznych. Co prawda trybunów było wówczas tylko dziesięciu, a kadencja trwała rok... Nietrudno sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby „święcie nietykalnych” osób było 460 przez lat cztery — jak u nas. „Sacrosanctus” — tu proszę wstawić nazwisko któregokolwiek z posłów — jak to brzmi dumnie i dostojnie, a zarazem strasznie!
Oczywiście także Rzymianie mieli kłopoty z owymi „nietykalnymi”, tym bardziej że ów przywilej traktowali poważnie. Tak poważnie, że Cezar rozpoczął wojnę domową w obronie rzekomego naruszenia go przez senat. Wojna doprowadziła w konsekwencjach do upadku republiki. A rzymscy cesarze przejęli uprawnienia trybunów i stali się wobec tego „święcie nietykalni”. Prawdziwa ironia dziejowa...
Na szczęście coś takiego chyba nam nie grozi: dożywotnio nietykalny poseł – praktycznie stojący ponad prawem. Na wszelki wypadek warto się jednak dobrze zastanowić, kogo immunitetem obdarzamy.
