Od ssaka do dinozaura

Rafał Kerger
21-09-2006, 00:00

W naszej spółce nie ma nic sexy — zapewnia prezes AB Andrzej Przybyło.

Myli się.

Jest rok 1998. AB, dostawca sprzętu IT z Wrocławia — wyłączny dystrybutor w Polsce filtrów do monitorów komputerowych firmy Polaroid — namierza Enterprise Investors. Sprawa przedziwna, że Enterprise decyduje się na firmę zarządzaną jednoosobowo, prowadzącą książkę przychodów i rozchodów, niebędącą nawet spółką cywilną.

— Ten mariaż dał nam ogromny impuls. W pół roku przeszliśmy z formy jednoosobowej działalności gospodarczej do spółki akcyjnej. Doradzał nam nawet Arthur Andersen — wspomina Andrzej Przybyło, prezes i założyciel AB.

Za pieniądze Enterprise AB zbudował magazyn wysokiego składowania i uruchomił skład celny.

Teraz firmę czeka drugie przesilenie. Dziś dystrybutor sprzętu IT wchodzi na giełdę.

Nie mówią, tylko robią

Co masz zrobić jutro, zrób dziś — tak można scharakteryzować dewizę przyświecającą działaniu AB. Wokół siedziby wielki plac budowy. Ma powstać nowa przestrzeń dla specjalistów kontrolujących łańcuch dostaw, czyli przepływ towarów przez hurtownię. W AB poszerzają też magazyn.

Między innymi na dokończenie tej modernizacji trafią wpływy z debiutu giełdowego. Reszta pójdzie na rozbudowanie franczyzowej sieci sprzedaży detalicznej pod nazwą Alsen, którą AB rozwija na razie na południu Polski. Giełdowe pieniądze umożliwią też zakup nowego oprogramowania IT wspierającego zarządzanie przedsiębiorstwem. Stare nie wyrabia, bo roczna sprzedaż sięga niemal miliarda złotych.

— U nas tak naprawdę nie ma nic sexy. Prowadzimy we Wrocławiu codzienny biznes, z dobrym skutkiem. Nie potrzebujemy pieniędzy na jakieś fanaberie, lecz na dokończenie tego, co zaczęliśmy. Poza tym wychodzi z naszej spółki fundusz Enterprise Inwestors, który pod koniec lat 90. pomógł nam się rozwinąć — wylicza Andrzej Przybyło.

AB dystrybuuje sprzęt i oprogramowanie IT największych potęg: Microsoftu, HP czy Philipsa (sprzedaje też m.in. telewizory LCD i odtwarzacze DVD, teraz zaczyna handlować telefonami komórkowymi). Firma ma oddziały w Katowicach i w Warszawie. Do hurtowni już mało który właściciel sklepu czy integrator IT przyjeżdża odbierać towar. 50 procent produktów kontrahenci wrocławian zamawiają przez internet.

— W tym kierunku będziemy szli dalej — to bardzo ułatwia pracę i obniża koszty funkcjonowania magazynu. Odbiorcy bardzo sobie cenią zamówienia przez sieć. Bo też oszczędzają — choćby na benzynie czy na rozmowach telefonicznych — mówi Andrzej Przybyło.

AB nie jest uzależniona od konkretnych dostwawców i odbiorców — co jest atutem dystrybutora.

Sexy już było

Gdy Andrzej Przybyło zakładał w 1990 r. późniejsze AB, czyli firmę na swoje nazwisko i imię, działało jeszcze prawo Balcerowicza o rocznym zwolnieniu nowych przedsiębiorców z podatku.

— To były czasy. Zanim sprowadziliśmy towar, już był sprzedany. A handlowaliśmy wtedy głównie ośmiocalowymi dyskietkami, nośnikami magnetycznymi, taśmami do drukarek i pudełkami na dyskietki. Jedynym naszym transportem był wtedy maluch, z którego usunęliśmy fotele, by więcej do niego wchodziło. Z czasem dorobiliśmy się dużego fiata. To był taki nasz TIR — dwa i pół razy więcej pojemności niż w maluchu — mówi prezes debiutanta.

Z uśmiechem wspomina, że gdy przychodziła dostawa, to biegł do firmy i wrzucał paczki na piętro.

— Wracałem do domu zmęczony jak pies. Wtedy byliśmy małymi ssakami handlującymi z innymi małymi ssakami. Dinozaurem był ten, kto miał kapitał, kto wysyłał całe pociągi drukarek do Rosji, zamawiał całe TIR-y komputerów. To był jednak nasz plus, że obracaliśmy się wśród najmniejszych przedsiębiorców. Oni później wyrośli, my też. Znamy ich, teraz poznaliśmy ich dzieci — przez tę wspólną historię łatwiej nam się zrozumieć — wspomina prezes.

Wkrótce jednak — po romantycznych początkach — Andrzej Przybyło przestał być właścicielem AB. Miejsce jego firmy zajęła w 1993 roku firma jego żony.

— Zewsząd napływały w tym czasie do nas informacje, że urzędnicy skarbowi robią kontrole w przedsiębiorstwach, które korzystały z balcerowiczowskiego zwolnienia z podatku i że odliczenie jest często kwestionowane z powodu braku wyraźnej daty na fakturze i innych drobiazgów. Mimo że uważaliśmy, że mamy wszystko w porządku, zaradczo zdecydowaliśmy się zarejestrować nową firmę. A tę, która skorzystała ze zwolnienia, zamknąć — tłumaczy tamtą decyzję prezes AB.

Iwona Przybyło do dziś jest największym akcjonariuszem AB, przewodzi radzie nadzorczej firmy i doradza jej jako niepodlegający zarządowi specjalista od marketingu i sprzedaży.

Przy okazji debiutu sprzedała część swoich akcji.

— W tej spółce od ośmiu lat nie było żadnej dywidendy. W kolejnych latach ich też nie przewidujemy, zyski pójdą na inwestycje. To jest powód. Ale uspokajam — zachowaliśmy z żoną kontrolę nad firmą — tłumaczy Andrzej Przybyło.

Fanfar nie będzie

Dla wielu debiutujących na warszawskim parkiecie spółek wejście na giełdę jest powodem do wielkiej fety. W AB fanfar nie będzie.

— W tej branży IV kwartał jest najważniejszy. Nie możemy sobie pozwolić na urlop ani na wielkie świętowanie. W czwartek stawiamy się w Warszawie na pierwsze notowanie. Potem wracamy do Wrocławia. W sobotę wybieram się na rower. Jak mi go zdążą naprawić, bo ostatnio go nieco w lesie zmasakrowałem. A potem? Od poniedziałku codzienna praca — mówi Andrzej Przybyło.

Rafał Kerger Ļ

r.kerger@pb.pl % 022-333-98-56

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Rafał Kerger

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

/ Od ssaka do dinozaura