Ostatnia taka gorączka

Adam Sofuł, a.soful@pb.pl
14-08-2008, 07:58

Wystarczyła plotka, że w kanadyjskich Górach Skalistych nad Jukonem musi być złoto, by ruszyła lawina ludzi łaknących bogactwa.

W sierpniu 1896 r. George Carmack i dwóch towarzyszy z miejscowego plemienia indiańskiego Tagish — Skookum Jim (na zdjęciu u góry), który był mężem siostry Sarmacka, i Tagish Charley ruszyli w dorzecze rzeki Klondike. Nad strumieniem Rabbit Creek (nazwanym potem Bonanza Creek) Skookum wypłukał pokaźny samorodek. Na wszelki wypadek złoże zarejestrowano na Carmacka, obawiając się kłopotów, gdyby zostało zarejestrowane na Indianina.

Wieści szybko rozeszły się wśród okolicznych poszukiwaczy i wkrótce nad Klondike setki osób ryło, kopało i płukało. Z powodzeniem. Skromni traperzy zmieniali się w bogaczy.

Złoto, złoto, złoto

Bomba wybuchła rok później, kiedy szczęśliwcy postanowili spieniężyć znaleziska. 14 lipca do San Francisco przybił Excelsior, a trzy dni później do Seattle zawinął Portland z obładowanymi złotem (około 3 ton grudek i złotego piasku) górnikami. Ich przyjazd miejscowa gazeta anonsowała czołówką „Złoto, złoto, złoto”. Przybysze podziałali na wyobraźnię. Na północ ruszyła ludzka lawina spragnionych bogactwa i przygód. Zapewnione mieli jednak tylko te ostatnie.

Najbliższa złożom osada Dawson City, która w kwietniu 1897 r. liczyła 1,5 tys. mieszkańców, w sierpniu miała już 3,5 tys. Po kilku miesiącach przybyszy z południa były dziesiątki tysięcy — w szczytowym okresie gorączki złota ludność tego miasta szacowano na 30-40 tys.

Droga przez mękę

Do Dawson City, ostatniego przystanku na drodze do złota, trzeba było przedrzeć się przez góry np. przez słynną przełęcz Chilkoot, dotrzeć do rzeki Jukon i pokonać z jej prądem 500 mil na własnoręcznie zbudowanej tratwie. I to z toną zapasów, bo słynna Kanadyjska Królewska Policja Konna, której oddział wysłano, aby zapanował nad gorączką złota, wymagała od poszukiwaczy, by mieli zapasy na rok. Sprawiało to, że poszukiwania złota były hobby raczej dla bogaczy (choć nie brakowało uboższych desperatów). Koszt wyprawy szacowano na 1 do 3 tys. dolarów, co w owych czasach stanowiło sumę astronomiczną — przyzwoity obiad można było zjeść za dolara.

Kiedy udało się przedrzeć przez góry i rzekę i dotrzeć do złotego miasta Dawson City, na wielu poszukiwaczy czekało gorzkie rozczarowanie — większość złotonośnych działek została rozdysponowana. Przybysze mogli się co najwyżej nająć jako płukacze u tych, którzy dotarli nad Klondike wcześniej.

Gorączka trwa

Około 1903 r. złoto się skończyło, a gorączka opadła. Najwytrwalsi ruszyli za marzeniami o fortunie dalej na północ — na Alaskę. Pozostała jednak legenda rozsławiona np. przez Jacka Londona czy Charliego Chaplina. Opiewana w dziesiątkach książek i setek filmów gorączka złota w Klondike, była ostatnią taką gorączką.

Wygrało niewielu. Ze 100 tys., które ruszyło nad Klondike, do celu dotarło około 40 tys. Tylko 4 tys. z nich udało się zobaczyć chociaż drobinkę kruszcu, ale za bogaczy można było uznać jedynie kilkuset. Tylko 50 udało się nie roztrwonić zdobytego nad Klondike majątku.

Najlepiej na gorączce złota wyszło Seattle, gdzie w zapasy zaopatrywało się większość poszukiwaczy. Inne miasta miały tylko chwilę szczęścia — położone u stóp przełęczy Chilkoot Dyea podupadło, gdy konkurencyjny przystanek na drodze do złota Skagway wybudowało kolej przez góry. Licząca w okresie gorączki kilkanaście tysięcy mieszkańców Dyea w 1903 r. miała ich zaledwie 6. Dziś nie istnieje. Złote miasto Dawson City też nie przypomina dawnej metropolii. Liczy 2 tys. mieszkańców. Ale gorączka złota chyba trwa. Rocznie odwiedza je 60 tys. turystów. Czyżby chodziło tylko o muzea?

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Sofuł, a.soful@pb.pl

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Świat / Ostatnia taka gorączka