Wśród czytelników związanych z branżą lotniczą trochę emocji wzbudził mój artykuł ,,Tanie latanie wymaga inwestycji na ziemi” oraz komentarz ,,Nie mieszajmy dwóch systemów” — publikowane w „PB” 1.04.2004 r. W liście od pana Rafała Freyera czytamy m.in.: „Nieprawdą jest, iż tanie linie latają na osobne lotniska niż regularne linie lotnicze. Przykładem odwrotnej tendencji są porty lotnicze w Madrycie, Lizbonie, Barcelonie, Paryżu (Charlesa de Gaulle, Orly), Amsterdamie, Mediolanie (Malpensa), Kolonii, Monachium, Berlinie, Pradze, Budapeszcie, Kopenhadze czy Nowym Jorku”. Autor listu podkreśla, że nie słyszał ,,o żadnym przypadku nagminnego wycofywania się tradycyjnych linii, tylko dlatego, że na danym lotnisku pojawiły się tanie linie lotnicze”. Poglądy te podziela pan prof. Włodzimierz Rydzkowski, kierownik Katedry Polityki Transportowej Uniwersytetu Gdańskiego. W liście do redakcji napisał m.in.: ,,Jeżeli tani zmuszą drogich do obniżki taryf, to chyba dobrze, co?”.
Poglądy obu czytelników są słuszne, ale z punktu widzenia klienta linii lotniczych, dla którego najistotniejsza jest cena usługi. Tymczasem dla „Pulsu Biznesu”, jako gazety dla przedsiębiorców, istotny pozostaje również interes firm. Rzeczywiście, lotniska przeznaczone głównie dla tanich linii mają duże i bogate miasta: Londyn, Mediolan, Frankfurt, Bruksela i Rzym. To jednak wynik m.in. tego, że główne porty w tych aglomeracjach (np. londyński Heathrow), podobnie jak wiele innych hubów na świecie, realizują politykę nieobsługiwania tanich przewoźników lotniczych. Tymczasem, zgodnie z wytycznymi ULC, w Polsce rolę hubu powinno pełnić przynajmniej warszawskie Okęcie, a niewykluczone, że także krakowskie Balice. Warto przypomnieć przypadek portu w Salzburgu, który w latach 2001-02 popadł w głęboki kryzys finansowy po podpisaniu umowy z tanimi liniami lotniczymi (w rezultacie z lotniska wycofały się wszystkie regularne linie, które dotąd tam latały).
Gwałtowny rozwój linii typu low cost w Europie już skłonił regularnych przewoźników do obniżek cen biletów. Zrobiły to m.in. British Airways, Air France, LOT i CSA. Nie każda regularna linia może jednak doraźnie ratować się obniżkami. Przykład? Aktualna sytuacja finansowa włoskiej Alitalii — przewoźnik przyznaje się do kryzysu.
Rozwój tanich linii naturalnie jest pożądany. Ale nie kosztem regularnych przewoźników. Tym bardziej że to oni przynoszą większość dochodów portom lotniczym, i dzięki nim działa dochodowa strefa okołolotniskowa — restauracje, hotele, sklepy.