Od kilku miesięcy Panek ma poważne kłopoty finansowe. Aby uniknąć niewypłacalności, spółka ogłosiła restrukturyzację.
— Restrukturyzacja została wymuszona nieprawidłowymi procesami sprzedaży aktywów firmy na dużą skalę — chodzi o samochody używane. Nie zostały zachowane najwyższe standardy związane z wymianą floty. Kilka osób osiągnęło na tym procesie korzyści majątkowe, generując jednocześnie wielomilionowe straty firmy. Krótko mówiąc — auta były sprzedawane po zaniżonych cenach. Przy wolumenie pojazdów, jaki trafił do sprzedaży, skala nadużyć jest bardzo duża — mówi Maciej Panek, prezes spółki.
Sprawę bada prokuratura. Sytuację spółki pogorszył też wzrost stóp procentowych, bo znacząco podniósł koszt finansowania floty oraz ceny aut. Na jakim etapie firma jest obecnie?
— W tym momencie najważniejsze jest zamknięcie postępowania restrukturyzacyjnego i zawarcie umów z wierzycielami. Wstrzymaliśmy wymianę floty i ograniczyliśmy inwestycje. Restrukturyzacja wymusza też wprowadzenie zmian w dotychczasowym modelu biznesowym. Kluczowa zmiana obejmie usługę carsharingu i zakłada jej ograniczenie — mówi Maciej Panek.
Do końca sierpnia tego roku ze współdzielonej floty aut Panka będzie można skorzystać już tylko w Warszawie.
— Wybór stolicy nie jest przypadkowy. To właśnie tu rozpoczęliśmy działalność w carsharingową, gdy startowaliśmy z 300 autami. W Warszawie odnotowujemy też największą liczbę wypożyczeń. Użytkownicy, którzy rozpoczną wynajem w Warszawie, mogą przemieszczać się po całej Polsce, jednak od sierpnia zwrot auta będzie musiał nastąpić w Warszawie. Analogicznie do tego, jak wygląda wynajem w klasycznych wypożyczalniach. To swoisty powrót do przeszłości, jednakże wzbogacony o siedmioletnie doświadczenie — opowiada Maciej Panek.
Ograniczenie skali działania usługi carsharingu to niejedyne zmiany, jakie wprowadza Panek.
— Mając na uwadze dostępność floty, zdecydowaliśmy się na ograniczenie dostępu do usługi najmłodszym kierowcom. Nowi użytkownicy, w wieku 18-21 lat, aby móc skorzystać z carsharingu, będą musieli uiścić kaucję w wysokości 1 tys. zł. Jest to spowodowane dużą liczbą szkód, które powoduje ta grupa użytkowników. Już zarejestrowani kierowcy z tej grupy wiekowej nie będą musieli wnosić kaucji — opowiada Maciej Panek.
Jak dziś prezes widzi przyszłość swojej firmy?
— Kluczowe dla przyszłości firmy jest zawarcie umów z wierzycielami i realizacja ustaleń w umowach. Bezwarunkowo. Uważnie obserwujemy rynek, gdy tylko to możliwe, uatrakcyjniamy nasz cennik. Ogromnym wyzwaniem są koszty stałe. Lwią ich część stanowią przede wszystkim opłaty w miejskich strefach płatnego parkowania. Carsharing nie ma żadnych ulg i płacimy za parkowanie tak samo jak kierowcy własnych aut. Dużym wyzwaniem jest też sposób użytkowania pojazdów. Dominuje przekonanie, że jeśli jakaś własność nie jest moja, nie muszę o nią dbać. Invers, niemiecka marka z tej samej branży, obliczyła, że firmy carsharingowe muszą przeznaczać średnio nawet 10 proc. swoich przychodów na naprawy i zarządzanie roszczeniami ze względu na często niezgłaszane uszkodzenia. To duże koszty — opowiada Maciej Panek.
Podkreśla, że nie patrzy na swój biznes wyłącznie z perspektywy carsharingu.
— Nasze DNA to model rent-a-car, z którego korzystają nie tylko użytkownicy indywidualni, ale też instytucjonalni. Jesteśmy na wszystkich lotniskach w Polsce i dysponujemy flotą 2,5 tys. aut. Ten segment ma się dobrze i rozwijamy go nie tylko nad Wisłą, ale też w Austrii, Czechach, Niemczech oraz na Litwie, Łotwie i Słowacji. Rynki te nie odczuwają tego, co dzieje się w Polsce — zapewnia Maciej Panek.
