W czasie kryzysu najlepiej pracować "na państwowym" — taki wniosek płynie z danych GUS. W listopadzie 2008 r. pensje w prywatnych firmach wyraźnie wyhamowały, a w sektorze publicznym przyspieszyły. Skutek? Wynagrodzenia u państwowego pracodawcy rosną dwukrotnie szybciej niż w przedsiębiorstwie prywatnym i są przeciętnie o 1250 zł wyższe.
Przez rok przeciętny pracownik sektora publicznego (instytucji publicznych i firm, w których przynajmniej połowę udziałów posiada państwo) dostał podwyżkę 484 zł i w listopadzie zarobił 4360 zł brutto (o 12,5 proc. więcej niż rok temu). W tym samym czasie zatrudniony w firmie prywatnej dostał od szefa 186 zł podwyżki, czyli jego pensja wzrosła do 3110 zł (o 6,4 proc.).
Związkowcy tłumaczą różnicę w zarobkach nieuczciwością prywatnych właścicieli.
— Cieszę się, że pensje w państwowych spółkach i instytucjach szybko rosną. Szkoda tylko, że w prywatnych firmach rosną tak wolno. Przedsiębiorcy są po prostu bardziej pazerni — tłumaczy Henryk Nakonieczny, członek Komisji Krajowej NSZZ Solidarność.
Rząd też umywa ręce.
— Podwyżki płac w spółkach państwowych ustalają ich zarządy. Minister nie ma żadnego wpływu na podejmowane przez nie działania — zapewnia Maciej Wewiór, rzecznik Ministerstwa Skarbu Państwa.
Według ekonomistów, nierównomierny wzrost wynagrodzeń jest nie tylko niesprawiedliwy dla pracowników, ale też groźny dla gospodarki.
— To bardzo szkodliwe zjawisko. Świadczy przede wszystkim o tym, że w sektorze publicznym wzrost płac nie ma żadnego uzasadnienia ekonomicznego. Nie jest — jak w firmach prywatnych — uzależniony od jakości pracy. Politycy płacą po prostu pieniędzmi podatników za zadowolenie odpowiednich grup społecznych — twierdzi Andrzej Sadowski, wiceprezydent Centrum im. Adama Smitha.
O ile mogą wzrosnąć pensje w tym roku? Czytaj w piątkowym „Pulsie Biznesu”.