Europosłowie przegłosowali projekt dyrektywy usługowej w rozwodnionej wersji. Pracodawcy jednak nie składają broni.
Po dwóch latach ostrej politycznej debaty w Unii posłowie Parlamentu Europejskiego (PE) przyjęli projekt dyrektywy liberalizującej unijny rynek usług. Niestety — w wersji rozwodnionej. Z pierwotnego tekstu usunięto bowiem zapis o zasadzie kraju pochodzenia. Zależało na nim zwłaszcza nowym członkom UE, bo miał umożliwić przedsiębiorcom świadczenie usług w innym kraju UE na podstawie przepisów kraju, z którego pochodzą.
Projekt przeszedł jednak w wersji uzgodnionej kilka dni wcześniej przez dwie największe frakcje — socjalistów i chadeków.
Ludzka twarz
— Wywróciliśmy ten projekt do góry nogami, nadaliśmy mu ludzką twarz — nie ukrywa satysfakcji Evelyne Gebhardt, niemiecka socjalistka i sprawozdawczyni projektu.
Większość polskich eurodeputownych — oburzonych, że kompromis został zawarty za ich plecami, w wyniku porozumienia niemieckich eurodeputowanych CDU i SPD, z błogosławieństwem Komisji Europejskiej — głosowała przeciw, mimo że jest to jednak krok w stronę wolnego rynku.
— Ta dyrektywa sprawi, że polscy przedsiębiorcy będą napotykali mniej barier administracyjnych przy świadczeniu usług za granicą — przyznaje Jacek Saryusz-Wolski (PO), wiceprzewodniczący PE.
Poseł ostatecznie także zagłosował przeciw projektowi, tłumacząc, że „trudno się podpisać pod czymś tak skromnym”.
Podobnie zachowała się większość posłów PO, PiS, PSL i LPR.
Zamieszanie w głowach
Przedsiębiorcy nie składają broni. Organizacje pracodawców będą przekonywać zarówno poszczególne rządy, jak i Komisję Europejską do powrotu do pierwotnych zapisów.
— Prace nad dyrektywą są podyktowane interesami narodowymi. Cenę za kompromis uważamy za zbyt wysoką. Usunięcie zapisu o delegowaniu pracowników jest sygnałem, że kraje UE nadal nie rozumieją, jak istotny jest swobodny przepływ usług i jaki potencjał dla rozwoju rynku drzemie w tym sektorze — podkreśla Andrzej Malinowski, prezydent Konfederacji Pracodawców Polskich.
Roman Nowicki, prezes Kongresu Budowlanego, twierdzi, że dyrektywa nie rozwiązuje nawet części problemów.
— Polscy związkowcy demonstrujący w Strasburgu zostali wprowadzeni w błąd i zamieszali ostatecznie w głowach eurodeputowanych. Skutki będą fatalne. Rządy Francji i Niemiec już dzisiaj dają wyraz zadowolenia z pomocy polskich związków zawodowych w ograniczaniu dostępu do ich rynków pracy — mówi Roman Nowicki.
Teraz to od Komisji Europejskiej zależy, które poprawki PE uwzględni i wprowadzi do pierwotnego projektu, zanim w marcu dyrektywa trafi pod obrady Rady UE (szefów unijnych rządów).