Pb.pl nadaje z Aten

Tomasz Raś
opublikowano: 2012-06-15 17:20

Nasz specjalny wysłannik na bieżąco relacjonuje wydarzenia w Grecji, które mogą przesądzić o przyszłości eurolandu. Przy okazji przygląda się też kryzysowej codzienności stolicy Hellady.

Wtorek, poranek: Sprawdzam jak wyglądają obiekty sportowe zbudowane na olimpiadę, która w 2004 r. odbyła się w Atenach.

Faliron, położoną vis a vis stadionu piłkarskiego Olympiacosu Pireus. Obiekt, gdzie rozegrany został olimpijski turniej siatkówki plażowej oraz zawody taekwondo, od lat nie był używany (fot. T. Raś)
Faliron, położoną vis a vis stadionu piłkarskiego Olympiacosu Pireus. Obiekt, gdzie rozegrany został olimpijski turniej siatkówki plażowej oraz zawody taekwondo, od lat nie był używany (fot. T. Raś)

Grecy na zorganizowanie olimpiady w Atenach w 2004 r. wydali ponad 11 mld EUR. Kosz ten nigdy się nie zwrócił. Po trzech  tygodniach zmagań, kilku podniosłych chwilach, sportowcy wrócili do domów, a po jednej z największych i zarazem najdroższych imprez globu, pozostały 22 obiekty sportowe, z którymi władze Hellady nie bardzo wiedziały co począć.

Aż 21 aren stoi niezagospodarowanych. Pomysłów było kilka. Jeden z nich, nad wyraz absurdalny, polegał na przekształceniu trójkątnego boiska do amerykańskiego baseballu, w stadion do piłki nożnej. Niestety, nie udało się. Nie udało się również przekonać Greków do uprawienia tego sportu, który popularność zdobył jedynie w USA i Wenezueli.

Podobny los spotkał arenę Faliron, położoną vis a vis stadionu piłkarskiego Olympiacosu Pireus. Obiekt, gdzie rozegrany został olimpijski turniej siatkówki plażowej oraz zawody taekwondo, od lat nie był używany.

Jedyną areną sportowych zmagań działającą po dziś dzień jest obiekt goszczący w trakcie olimpiady badmintonistów. Grecy nie poczuli jednak mięty do odbijania lotką, ale uznali, że w Atenach przydałby się jeszcze jedne teatr. Teraz zamiast rozgrywek badmintona obejrzeć tam można „Jezioro Łabędzie” i to w dodatku na lodzie, a niedawno do stolicy Hellady zawitał musical Jesus Christ Super Star.

Wielu Ateńczyków było niezadowolonych z gigantycznych kosztów związanych z organizacją igrzysk, aczkolwiek duma narodowa nie pozwoliła im o tym otwarcie dyskutować.

- Zawsze pragnęliśmy, by olimpiada została zorganizowana w Atenach. Czuliśmy, że igrzyska olimpijskie należą do tego miejsca, dlatego jesteśmy w stanie ponieść wszystkie koszty – pisał na łamach ateńskiego dziennika Kathimerini, George Georgakopoulos.

Sobota, popołudnie: Kryzys sponiewierał restauratorów

Kłopoty, z którymi boryka się Grecja sieją spustoszenie niemal w każdym sektorze gospodarki. Nie ominęły one nawet odpornej na kryzys branży gastronomicznej.

Restauratorzy mają prawdziwe powody do zmartwień. Grecję odwiedza coraz  mniej turystów, którzy w obawie przed zamieszkami, nie decydują się na przyjazd do tego śródziemnomorskiego kraju. Mieszkańcy Hellady z kolei, szukając oszczędności, rezygnują z biesiadowania w lokalach, na rzecz coraz popularniejszych domowych posiedzeń.

Wybieram się do Plaka, miejsca niezwykle popularnego zarówno wśród turystów, jak i mieszkańców Aten. Rzeczywiście, pomimo obiadowej pory i początku sezonu turystycznego, tłumów nie widać.

- Europejczyków odstraszają niedzielne wybory i informacje podawane przez media na temat protestów i zamieszek na ulicach Aten. Niestety media przyczyniły się do takiego wizerunku Grecji, która jest bezpiecznym krajem – opowiada Janis, inżynier mechanik, który wraz z przyjacielem prowadzi tawernę Bairaktaris.

Tawerna świeci pustkami, jedynie kilka stolików zajętych. Na zewnątrz para obcokrajowców, natomiast Greków jeszcze nie widać.

- Ateńczycy coraz rzadziej wychodzą, a jak decydują się na posiłek w restauracji, to zamawiają dokładnie to, co mają zamiar skonsumować. O ucztowaniu takim jak niegdyś, możemy tylko pomarzyć. Ateńczycy stali się niezwykle oszczędni – dodaje Janis.

Po spacerze w Plaka przenoszę się do Omoni, by sprawdzić, jak sytuacja wygląda w miejscach, oddalonych od centrum Aten. Trafiam do kafejki „Smiling”, która prowadzona jest przez grecko- amerykańskie małżeństwo.

- Kryzys ciągnie się za nami aż z Ohio, skąd przylecieliśmy do Aten – mówi Helena, córka właściciela kafejki.

- W USA było nam ciężko, więc w poszukiwaniu lepszego życia całą rodziną przylecieliśmy do Aten. Niestety, kryzys przyszedł za nami. Jeżeli sytuacja w najbliższym czasie nie ulegnie zmianie, to wyjedziemy - tym razem do Australii.

- „Smiling” prowadzimy od czterech lat. Ostatnio ojciec musiał zwolnić kilka osób, a reszcie obniżył pensje. Teraz ledwo wychodzimy na plus. W ostatnim okresie straciliśmy blisko 40 proc. stałych klientów, którzy regularnie wpadali na kawę. By utrzymać pozostałych obniżyliśmy ceny, tak też postąpiła większość ateńskich restauratorów – kończy Hellena i obsługuję siwego Amerykanina, który za lunch usiłuje zapłacić dwudziestodolarowym banknotem.

Sobota, południe: Bieda na ateńskim „High Street”

Szalejący w Grecji kryzys w dość istotnym stopniu zredukował popyt na towary z górnej półki i dobra luksusowe. Ucierpieli na tym zarówno detaliści, jaki i właściciele nieruchomości znajdujących się w greckiej stolicy.

Do niedawana opinią najdroższej i najbardziej ekskluzywnej z greckich ulic cieszyło się ateńskie Ermou. Jeszcze w 2007r. lajfstajlowe magazyny umieściły Ermou na 10 miejscu w ranking najdroższych ulic świata, a zagłębie ateńskiego shoppingu porównywały do nowojorskiej „5th Avenue”, bądź londyńskiego „Hight Street”.

Warto tylko dodać, że miesięczny koszt wynajmu średniej wielkości lokalu oscylował w granicach 30 tys. EUR. Grek przyzwyczajony do wydawania całej zawartości portfela był idealnym klientem markowych butików.

Teraz jednak, kiedy Grecja znalazła się na skraju bankructwa, a po dobrych czasach pozostało jedynie wspomnienie, niemal połowa budynków na tej popularnej ulicy stoi pusta, wymaga gruntownej renowacji bądź odrobiny farby, ale nawet na to, Greków w obecnej sytuacji najzwyczajniej nie stać.

 

Ateńskie mury mogą odstraszać. Na palcach jednej ręki mogę policzyć budynki, które nie zostały oszpecone graffiti. Kryzys gospodarczy w dość istotnym stopniu przyśpieszył ten proceder.

Piątek, popołudnie: Lądujemy w Atenach

Po blisko trzygodzinnej podróży lądujemy w Atenach. Stolica Hellady przywitała nas upalnym słońcem i brakiem jakichkolwiek problemów komunikacyjnych. Nikt nie strajkuje. Pomimo upału i zapowiadanych strajków, wszystko funkcjonuje jak powinno.

Jeszcze na lotnisku w Warszawie udaje mi się porozmawiać z kilkoma osobami z kraju wybierającymi się do Grecji. O dziwo, samolot wypełniony jest po brzegi, ale zamiast po grecku, większość rozmów prowadzona jest w języku polskim. Podsłuchuję jedną z nich i od razu jestem w lekkim szoku. Trzy studentki, w tym jedna, która studiuje seksuologię, wybierają się do Grecji… do pracy.

Z całej trójki najbardziej wygadana i zarazem najbardziej doświadczona w greckich wojażach jest Olga – studentka owej seksuologii, która regularnie, w trakcie wakacji szkolnych podróżuje do Grecji w celach zarobkowych. Pracuje w gastronomii, na greckiej wyspie Mykonos.

- Wolę grecki kryzys niż dobrobyt w Polsce. Na wyspie nie odczuwa się problemów gospodarczych tak mocno, jak w Atenach – odpowiada Olga, poproszona o porównanie sytuacji w kraju z tym, co się dzieje obecnie w Grecji.

- Lepiej dla nas, żeby Grecy zagłosowali na lewicę, to wtedy będziemy dostawać większe napiwki. Podczas kryzysu szef obciął nam 10 proc. zarobków. Podobno rząd kazał tak zrobić – wyjaśnia studentka.

Odmiennego zdania jest Asia, brand-manager w jednej z warszawskich korporacji, która twierdzi, że Grecy mogą jedynie pomarzyć o polskich zarobkach. Sytuacja w Helladzie, gdzie żyją przyjaciele mojej rozmówczyni jest dramatyczna.

- Nikt w mediach nie informuje o fali samobójstw w Grecji spowodowanej fatalną sytuacją finansową. Cały świat uważa Greków za leni i nierobów, a prawda jest zgoła odmienna. W kryzysie Grecy pracują, o ile mogą znaleźć, bądź utrzymać pracę, po 10 godzin dziennie, a zarabiają niewiele ponad 400 EUR miesięcznie – opowiada Asia.

Kolejnym rodakiem, z którym dość niespodziewanie, w takcie szukania drogi do hotelu, udało mi się spotkać jest Robert. Jest rzeźnikiem w jednym z ateńskich sklepów.

- Sytuacja jest dramatyczna. Ludzie nie mają pracy i Ateny stały się bardzo niebezpieczne – mówi Robert i radzi, żebym schował aparat, w szczególności, kiedy będę w „czarnych dzielnicach”.

- Ostatniego czasu w Atenach dochodzi do wielu rabunków, a nawet morderstw, które w dużej mierze popełniane są przez członków mniejszości narodowych zamieszkujących Ateny – informuje Robert.

Nasi tu są! Sklep na rogu ulicy, przy której mieszkam. Wiem, gdzie będę mógł obejrzeć mecz ;)

---

Pełna relacja z Aten naszego wysłannika >>

Dlaczego w ogóle jesteśmy w Atenach >>