Pełzająca hossa wróciła na rynek

Kilka nerwowych dni i główne indeksy znów pną się do góry. Fundamentalnie wspiera je rodząca się inflacja, choć narasta też ryzyko większej korekty

Czwartkowe sesje przyniosły odbicie na głównych giełdach świata. Najbardziej nastroje poprawiły się w Japonii. W nocy ze środy na czwartek czasu polskiego indeks Nikkei 225 zyskał 1,47 proc. Potem pozytywne nastroje rozlały się na rynki Europy i Stanów Zjednoczonych. Były one co prawda bardziej powściągliwe od Kraju Kwitnącej Wiśni, ale Niemiecki DAX poszedł do góry o 0,54 proc. Powrócił przy tym ponad 13 tys. pkt., podczas gdy dzień wcześniej osunął się poniżej ważnego poziomu 12,9 tys. pkt. Amerykański S&P 500 do czasu zamknięcia tego numeru zyskał 0,7 proc.

Wyświetl galerię [1/2]

Rynki się trochę wystraszyły, ale co to za strach, skoro S&P500 cofnął się o 1,5 proc., DAX o 5 proc., a Nikkei 225 o 6 proc. Marcin Kiepas główny analityk Kantoryplus.pl Fot. Bloomberg

— Jestem dość optymistycznie nastawiony do tego, co się dzieje. Może mniej w stosunku do giełd amerykańskich, gdzie wyceny są wysokie, ale w Europie czy Japonii zwyżki będą kontynuowane — uważa Kamil Maliszewski, analityk mBanku. Daniel Kostecki z rynkinazywo.tv zwraca zaś uwagę na sposób, w jaki zostały zainicjowane ostatnie spadki na głównych giełdach.

— Korekta zaczęła się na indeksie Nikkei 225. Patrząc na obroty na kontraktach terminowych, widać, że nastąpiło wyjście jakiegoś dużego gracza. Albo ktoś się zniecierpliwił, albo potrzebował pieniędzy — mówi Daniel Kostecki.

Specjalista zaznacza, że główne giełdy przyzwyczaiły inwestorów do tego, że rosną tydzień w tydzień, choć dość ospale. Dlatego słowo korekta jest używane w trochę innym kontekście niż kilka czy kilkanaście lat temu — jednodniowy ruch wygląda bowiem na bardzo duży spadek. Tymczasem patrząc z szerszej perspektywy ostatnie spadki miały symboliczny wymiar.

— Rynki się trochę wystraszyły, ale co to za strach, skoro S&P 500 cofnął się o 1,5 proc., DAX o 5 proc., a Nikkei 225 o 6 proc. — wtóruje Danielowi Kosteckiemi Marcin Kiepas, główny analityk Kantoryplus.pl Jarosław Jamka, wiceprezes Ipopemy TFI, zwraca jednak uwagę, że sytuację coraz trudniej prognozować.

— Giełdy nie mogą rosnąć nieprzerwanie, a od dwóch lat mamy same zwyżki. Nie oczekujemy zmiany rynku byka na rynek niedźwiedzia, ale z porównań historycznych wynika, że powinniśmy oczekiwać większej korekty — takiej, po której indeks S&P 500 spadnie o 130 pkt. niżej. Ale ostatnio na taką korektę zanosiło się w sierpniu i w końcu nic z niej nie wyszło. Rynek powrócił do wzrostu — przypomina Jarosław Jamka.

Akcje chronią przed inflacją

Mimo przewagi wiary w kontynuację wzrostu opinie na temat tego, co będzie pchało do góry indeksy głównych giełd, są rozbieżne.

— Zakończony sezon wyników był słaby, ale szacuje się, że czwarty kwartał 2017 r. przyniesie poprawę zysków spółek z indeksu S&P 500 o 10-12 proc. rok do roku. Spodziewam się też, że w końcówce roku przyniesie lepsze od oczekiwań dane makroekonomiczne z gospodarek — mówi Marcin Kiepas.

— Amerykańskie giełdy nie reagują ostatnio na dane makroekonomiczne. Istotne są informacje polityczne i grudniowe posiedzenie Fedu — oponuje Kamil Maliszewski.

Zgoda panuje co do tego, że hossę wspiera rodząca się inflacja. Uczestnicy rynku spodziewają się, że w grudniu Fed podwyższy stopy procentowe, ale zdaniem naszych rozmówców, nie należy się jeszcze obawiać negatywnego wpływu podwyżki na rynek akcji.

— Giełdy generalnie dobrze sobie radzą w środowisku inflacyjnym. Inflacja pojawia się zaś na całym świecie. Do tego mamy niskie stopy procentowe. Mimo że Fed chce je podwyższać, to zanim za oceanem obligacje staną się alternatywą dla akcji, potrzebne są jeszcze 3-4 podwyżki stóp procentowych. Tak samo jest w Niemczech. Ze względu na politykę Europejskiego Banku Centralnego w ogóle nie opłaca się kupować 10-letnich obligacji oferujących zarobek w wysokości 0,4 proc. przy około 2-procentowej inflacji. Akcje są jedynym aktywem, które może chronić pieniądze przed inflacją, bo wyniki spółek nominalnie będą się poprawiać — tłumaczy Daniel Kostecki.

— Pieniądze cały czas są na rynku akcji, bo za bardzo nie ma gdzie ich ulokować. Zarówno obligacje rządowe, jak i tzw. high yield są mało atrakcyjne. Jeśli Fed dokona podwyżki w grudniu, a potem każe miesiącami czekać na kolejne, to nie wpłynie to na sytuację na rynkach, tym bardziej że te już po części wyceniają kolejną podwyżkę stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych — wtóruje mu Kamil Maliszewski.

Banki ruszą GPW albo…

Różnicują się natomiast opinie na temat tego, jak rozwinie się sytuacja na polskiej giełdzie.

— Może pojawić się korekta sprowadzająca WIG20 nawet do 2250 pkt., ale też nie ma lepszego punktu wyjścia do dalszej zwyżki niż obecnie. Mimo wszystko liczę po prostu na hossę bankową. Zakładam poprawę wyników tej branży, bo oprocentowanie lokat stoi w miejscu, a marże kredytów już rosną. Potem dojdzie do tego podwyżka stóp procentowych przez NBP. Spółki paliwowe też nie powinny narzekać na to, co się dzieje w ich otoczeniu — komentuje Daniel Kostecki.

— Indeksy spadły poniżej dołków z października, a sezon wyników raczej rozczarował, co nie zachęca do kupna akcji. Sytuacja z każdym tygodniem wygląda gorzej. W przypadku małych spółek do klasycznej bessy brakuje naprawdę niewiele. W hossę bankową nie wierzę, bo niedługo zacznie obowiązywać dyrektywa MiFID II, co negatywnie odbije się na wynikach, podczas gdy na efekty podwyżek stóp procentowych NBP nie można rychło liczyć. Oczywiście polski rynek nie będzie spadał, jeśli główne giełdy powrócą do wzrostu. Dlatego zakładam trend boczny — mówi Marcin Kiepas.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kamil Kosiński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Pełzająca hossa wróciła na rynek