Stolica 40-milionowego kraju w środku Europy. Finansowe centrum metropolii. W górę pną się wieże biurowców i luksusowych hoteli, nieopodal — główny dworzec miasta. Ósma rano, świeci słonko. Pociągi, metro, autobusy wypluwają tłumy białych kołnierzyków. Do tej pory wszystko się zgadza, możemy wpisać nazwę dowolnego miasta. Tyle, że w „dowolnym” mieście dalszy ciąg wygląda tak: śpieszący do pracy bankierzy, przyjezdni biznesmeni, wszyscy zaczynający dzień ludzie pieniądza, wiedzeni aromatem świeżo parzonej kawy, wpadają do jednej z setek kafejek na rogalika, cappuccino i poranną gazetę. Taki rytuał, świętość prawie. A na tym zarabiają tysiące restauratorów Londynu, Paryża, Berlina...
O tym, że w sercu Warszawy wyrosło city z prawdziwego zdarzenia, słyszy się od dawna. Sprawdziłem, nie wymagając wiele. Ot, stolika i filiżanki kawy. Od Grzybowskiej ruszam Emilii Plater, dochodzę do Świętokrzyskiej, rozglądam się, nic... Dalej, w kierunku Alej Jerozolimskich, nic! Dworzec Centralny odrzucam — tego aromatu nie zabije żadna kawa... Po drugiej stronie Alej — nic zupełnie. Niemożliwe? Możliwe! Serce Warszawy, nasze słynne city. Martwe. Kawa dla biznesmena? Nie — i już. Jeśli coś — patrząc uważnie — jednak przeoczyłem, no to pogratulować konspiracji.
Zdesperowany skręcam w Nowogrodzką. I nagle obrazek jak z dowolnej, europejskiej stolicy. Kawa, przy stolikach gwar, sprawni kelnerzy roznoszą ciepłe croissanty. Gazeta? Bardzo proszę! Po chwili wyjaśnia się, że Café Radio prowadzi... emigrant, który wrócił do Polski i od razu zobaczył pieniądze, które tu akurat dosłownie leżą na ulicy. Wystarczy wystawić stolik, schylić się...