Sprzedaż detaliczna w Europie nadal się kurczy. Byłoby jeszcze gorzej, gdyby nie Kowalski.
Kryzys nadal odstrasza Europejczyków od sklepów. Z najnowszych danych Eurostatu wynika, że we wrześniu sprzedaż detaliczna w strefie euro zmniejszyła się o 0,7 proc. m/m (w całej Unii spadek sięgnął 0,4 proc.). Dane zaskoczyły ekonomistów, którzy spodziewali się niewielkiego wzrostu — o 0,2 proc.
W ujęciu rocznym sprzedaż detaliczna w Unii Europejskiej (UE) skurczyła się o 2,5 proc. Byłoby jeszcze gorzej, gdyby nie Polacy. Nad Wisłą sprzedaż zwiększyła się aż o 5,4 proc. To najlepszy wynik wśród wszystkich krajów UE.
Co więcej, Polacy jako jedyni w Europie nie przestraszyli się kryzysu i od początku roku szturmują sklepy (ani razu nie zanotowaliśmy ujemnej dynamiki).
— To efekt dwóch czynników — mówi Rafał Benecki, ekonomista ING Banku.
Pierwszy — to obniżka podatków, która spowodowała, że statystyczny Kowalski miał więcej pieniędzy na inne wydatki. Drugi — to relatywnie dobra sytuacja na rynku pracy.
— Zamówienia firm eksportowych spadły. Jednak z powodu taniego złotego ich obroty pozostawały na dobrym poziomie. W efekcie firmy nie redukowały etatów zbyt mocno — mówi ekonomista ING Banku.
Zdaniem Moniki Kurtek, ekonomistki Banku BPH, za dobrym wynikiem Polski stoi też mentalność.
— W zachodniej Europie już w połowie 2007 r., kiedy pojawiły się pierwsze złe informacje z gospodarki, konsumenci zaczęli zaciskać pasa i mniej wydawać — mówi ekonomistka Banku BPH.
Zupełnie inaczej jest nad Wisłą.
— Kiedy robi się źle, Polacy w pierwszej kolejności sięgają po oszczędności i kredyty konsumpcyjne, dlatego sprzedaż nadal pozostaje na dobrym poziomie — wyjaśnia Monika Kurtek.
Jej zdaniem, taka taktyka jest dobra, ale na krótko.
— W przyszłym roku sprzedaż może już nie rosnąć tak dynamicznie. Wszystko będzie jednak zależało od sytuacji na rynku pracy oraz od ewentualnych decyzji banków o ograniczeniu kredytów konsumpcyjnych — ostrzega ekonomistka Banku BPH.