Polak, co się Viagrze postawił

Karol Jedliński
opublikowano: 25-06-2010, 00:00

300 słonecznych dni w roku robi swoje. Jerzy Starak zwykle wygląda tak, jakby dopiero co wrócił z wakacji. Zakochany we Włoszech miliarder bynajmniej nie bumeluje. Buduje potężny koncern. A w przerwach jest malarstwo, rzeźba, opera — czyli sztuka biznesu.

Jelenia Góra, lata 80. Jerzy Starak wraca ze spotkania biznesowego w tamtejszej Polfie. W oczekiwaniu na pociąg postanawia coś przekąsić na szybko. Wyboru dużego nie ma. Wchodzi do baru mlecznego. Po chwili równie szybkim krokiem z niego wychodzi, zniechęcony niespecjalnymi zapachami. Myśli sobie: "Cholera, dlaczego my naszego własnego baru `a la McDonald’s nie mamy?". I postanawia założyć Billy Burgera, sieć fast foodów. W PRL! Ale ma już biznesy w kilkunastu segmentach rynku, więc zakładanie przyczółków w kolejnych go nie przeraża. Potrafi grać na kilku instrumentach jednocześnie.

— Dziś 90 procent czasu poświęcam Polpharmie i Herbapolowi. Wcześniej miałem różne biznesy i wiele pomysłów, które chwilami trudno mi już sobie przypomnieć — przyznaje Jerzy Starak, wodząc wzrokiem po przestronnym i gustownie urządzonym gabinecie w warszawskiej siedzibie Polpharmy.

Epizod burgerowy świetnie pamięta. Bo był dobrą lekcją. Wszyscy z boku się pukali w czoła. A Jerzy Starak wyciągał im na to… króliki.

— Gdy wcześniej pracowałem w Bolonii, zetknąłem się z przemysłowym chowem królików. Tymczasem na Mazowszu zamykano kurze fermy, bo brakowało pasz. A więc wymyśliłem sobie, że ruszę w to miejsce z hodowlą królików, a ich mięso będę sprzedawał za granicą. Za dewizy kupię w Argentynie wołowinę, którą wykorzystam w Billy Burgerze — tłumaczy właściciel Polpharmy.

Zaczął już w warszawskim Sezamie szykować miejsce na bar. Pojechał na targi do Werony, kupił najnowszą klatkę do chowu królików, do tego wzory poidełek, które od razu zaczął produkować w fabryce wentyli w Polsce. Szybko 30 tys. klatek zapełniło się zwierzyną, przyjechało wyselekcjonowane stado zarodowe z włoskim rodowodem. I klapa. Burgerów nie będzie. Króliki padają, nasi weterynarze nie znają się na ich masowym chowie.

— To mnie nauczyło pokory i spojrzenia na detal. Przez jedno niedopatrzenie ruszyła lawina nieszczęść. Musiałem zamknąć ten biznes — wspomina Jerzy Starak.

A miało być tak pięknie — zyski nawet z króliczych odchodów, przetrawionych przez kalifornijskie dżdżownice i sprzedawanych jako nawóz...

Dziś w Sezamie jest McDonald’s.

150 odcieni zieleni

Wyciągnął wnioski. Trzyma rękę na pulsie.

— Jest bardzo skoncentrowany na tym, co robi. Wyróżniał się już w latach 90., gdy pierwszy raz się z nim zetknąłem. Świetnie się porusza w środowisku farmacji. Jak przekonałem się w przypadku Biotonu, dotrzymuje danego słowa — charakteryzuje Ryszard Krauze, który z Jerzym Starakiem dopiął już kilka transakcji, a ostatnio sprzedał mu część Biotonu.

Strategia Staraka wciąż procentuje. W zeszłym roku przychody Polpharmy przekroczyły miliard złotych, a zysk sto milionów. Elegancki, opalony południowym słońcem 63-letni przedsiębiorca dołożył kolejną cegiełkę do zgromadzonego majątku, wycenianego na 2-3 mld złotych.

— On ma to coś, co daje mu ekstraprzewagę w biznesie. Od kiedy się poznaliśmy, imponuje mi ten jego włoski styl. Swoim uśmiechem człowieka, który ma 300 słonecznych dni w roku i 150 odcieni zieleni, zaraża ludzi — uważa Waldemar Dąbrowski, były minister kultury, dziś dyrektor Opery Narodowej.

I choć zamożni znajomi z dawniejszych czasów, tacy jak Ryszard Krauze czy Jan Kulczyk, lubią pokazać się i na giełdzie, i w mediach, to Jerzy Starak niekoniecznie. Często nie miał najlepszej prasy. Media wypominały mu bliskie relacje z politykami, rzekome nieprawidłowości przy prywatyzacjach. W tym czasie Starak mozolnie budował swoją pozycję w biznesowej ekstraklasie. Teraz jest jednym z kilku najbogatszych Polaków.

— Uważam, że to, co robię, i to, kim jestem, nie jest aż tak bardzo sexy, żeby zaraz o tym do gazet opowiadać. To pewnie po części wynika z osobowości — zastrzega sam zainteresowany.

Potwierdza to w rozmowie, gdy trzeba go mocno podchodzić, by wycisnąć choć okruchy bardziej prywatnych informacji. Znajomych nie ma na pęczki, trzyma często z tymi, którym bliżej do sztuki niż do biznesu. A w interesach jest raczej solistą.

— Jest wymagającą osobowością i trudnym partnerem w biznesie — podkreśla Ryszard Krauze.

— Wie, czego chce i sięga po to — dodaje Igor Mitoraj, rzeźbiarz.

Tour de Starak

Biznesmen otwarcie i z zapałem opowiada jednak, jak to drzewiej bywało. Wiadomo więc, że od dekad opcja wakacyjna jest ta sama. Jeździ na ukochaną Sardynię.

— Zaczęło się w 1974 r. i już tam zostałem. Mam na wyspie dom, pływam na jachcie, nartach wodnych czy desce surfingowej. No i ta przyroda, cudowne, unikalne miejsca. Skały, czyste morze, mało przemysłu. Wbrew pozorom to wciąż dziewicze miejsce — rozmarza się Jerzy Starak.

— Stanowi część metabolizmu tej wyspy. Świetnie zna się ze śmietanką włoskiego biznesu, która ma posiadłości na Sardynii. No i daje upust swojej wrażliwości. Potrafi godzinami szukać odpowiednio pięknego odcienia lazuru, by tam zacumować łódkę — komentuje Waldemar Dąbrowski.

Przez lata stał się Starak koneserem urokliwych zakątków Europy. W Polsce jego ulubione miejsce to "Witkiewiczówka" w Zakopanem, która gości osobistości polskiego życia publicznego. Do tego okazały dom w podwarszawskim Konstancinie. Ostatnio często Jerzego Staraka z żoną Anną można spotkać w posiadłości nad Jeziorem Genewskim.

— Czuję się Polakiem, ale również czuję się Europejczykiem — deklaruje Jerzy Starak, znawca wina i włoskiej kuchni.

Mógłby to zdanie swobodnie wypowiedzieć jeszcze w czterech innych językach, które zna perfekt: angielskim, włoskim, francuskim lub rosyjskim.

Sentimental reason

Języki ćwiczył od czasów studenckich. Urodził się w Cieszynie, trochę z przypadku, bo matka była warszawianką, a ojciec pochodził z Zamościa. Zresztą senior rodu, pułkownik Zbigniew Starak, to osobna historia. Rocznik 1910, brał udział w bohaterskiej szarży pod Borujskiem w 1945 r. — ostatniej akcji bojowej kawalerii Wojska Polskiego. Dlatego po wojnie, niejako za karę, dostał przydział na pograniczu. Los mu to wynagrodził o tyle, że kilkadziesiąt lat później Starak senior pozował do postaci uwiecznionej na pomniku przy warszawskim rondzie Jazdy Polskiej.

— Pewnie mam po nim w genach trochę ułańskiej fantazji — przyznaje Jerzy Starak.

— Miły, spokojny, ułożony facet. Znam wielu biznesmenów z najwyższej półki i wielu z nich w życiu wydziwia. A Jerzy imponuje stabilnością wewnętrzną — ocenia jednak Igor Mitoraj.

Śląsk? Wspomnień wiele nie ma. Po przeprowadzce do Gliwic wkrótce znaleźli się w stolicy. Starak pamięta kilka nazwisk lepszych piłkarzy z mocnej w latach 50. Polonii Bytom, no i pierwszy kontakt ze sportem przez duże S. Czyścił rower mieszkającemu po sąsiedzku legendarnemu Mieczysławowi Wilczewskiemu, zwycięzcy Tour de Pologne i 7-dniowemu liderowi Wyścigu Pokoju.

— W nagrodę mogłem się czasem przejechać — śmieje się biznesmen.

Po liceum poszło szybko: wybrał studia w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, postawił na technologię rolno-spożywczą. A że miał znajomego Szwajcara, to udało mu się czmychnąć na praktyki do Nestle. Tyle że do fabryki na angielskiej prowincji. A więc żaden wypas, najwyżej wypady do Londynu co weekend. A na co dzień zadanie jakże ambitne: wraz z grupą innych stażystów opisać fabrykę. Flaki z olejem, nuda i frustracja.

— Myślałem wtedy: "Jak fatalnie urządzony jest ten świat dorosłych".

— A wcale nie — przekonał go kilka miesięcy później Guillermo Martelli, Włoch.

Starak trafił na niego, gdy pojechał na półwysep Apeniński. Po co?

— Oczywiście sentimental reason, blondynka — przyznaje.

Zaczął się nowy etap w życiu Jurka Staraka. Odkrył Italię. Gdy jechał na krótki wypad do Cortiny d’Ampezzo, przypadkowo poznany hotelarz podszepnął mu, że w Bolonii szukają do pracy obrotnego Polaka. Czyli jego.

— Trafiłem na Martelliego, który odziedziczył w Bolonii firmę produkującą i handlującą maszynami do produkcji opakowań dla farmacji. Miałem pod sobą rynki wschodniej Europy. I to było to. Mój szef od 10 do 22 prowadził pasjonujące życie biznesowe na wysokich obrotach. A ja z nim — wspomina Jerzy Starak.

No i wreszcie pojawiło się to pozytywne uczucie, trwające do dziś: wcale nie muszę pracować. Ale chcę. Po kilku latach poszedł na swoje. Założył w Bolonii firmę handlującą maszynami do opakowań, a później zainwestował także w ich produkcję. Sprzedawał je w demoludach. Budował tym samym potęgę Comindeksu, na razie zarejestrowanego we Włoszech. Wkrótce Starak, mający wówczas paszport konsularny, dostał pozwolenie numer dwa na działalność na zasadzie firmy polonijnej. W 1977 r. rusza polski Comindex i to niekoniecznie z maszynami.

— Podobnie jak Jan Kulczyk miał przewagę nad miejscowym biznesem, dzięki swojemu doświadczeniu w gospodarce kapitalistycznej. Pewnych rzeczy nie musiał sobie wyobrażać, on je znał — uważa Waldemar Dąbrowski.

Zaczyna się gra na wielu instrumentach. Tempo: presto (szybkie). Dynamika: fortissimo (bardzo głośno). Ot, specjalność zakładu.

Bols na fali

Patrząc na to, co za sprawą Comindeksu i jego młodszego brata Unicomu sprzedawał, można sobie wyobrazić kolorowy i dochodowy bazar. Jerzy Starak eksportował na zachód mrożonki, koncentraty i przeciery owocowe, a na polskie stoły wprowadził m.in. ketchup z hasłem "sosy Billy w każdej chwili". Chciał pozyskiwać urokinazę, cenny hormon z moczu młodych mężczyzn. Były i perfumy Currara, hit na Kubie, cukierki kochane przez Kazachów i zakład przerabiający stare opony na granulat, hit eksportowy w Niemczech.

— Do tego ostatniego pomysłu przekonał mnie bezrobotny były szef Dębicy — tłumaczy.

Im bliżej przełomu lat 90., tym atmosfera stawała się gorętsza. Uwolniony pieniądz zabijał dotychczasowy model eksportu. Comindex, powszechnie uważany za największą firmę polonijną wśród tysięcy działających wówczas w Polsce, zaczął się chwiać.

— Odpuść sobie ten stres i nie pakuj rezerw w ratowanie biznesu. Ogłoś bankructwo — podszeptywali doradcy.

Tyle że to nie w stylu Staraka. Z porażek wystarczyło fiasko Billy Burgerów. Dział perfum udało się poprowadzić bez strat, trzy lata temu odkupiła go Irena Eris. Część spożywki też znalazła inwestorów, trafiła w zagraniczne ręce, podobnie jak zakład sprzedający granulaty z opon.

— Jestem dumny, że udało się to wszystko wyprostować — deklaruje biznesmen.

Jak się nie dało drzwiami, wchodził oknem. Po tym, jak pozyskał inwestora z Holandii, zaczęła się era wódki Bols. Docenili to inni. W 1992 r. koncern Colgate-Palmolive decyduje się na inwestycje w Polsce. Szuka partnera.

— Na placu boju zostaliśmy ja i Wojciech Soszyński, dziś właściciel Oceanica. Wygrałem — opowiada Jerzy Starak.

A skoro model wprowadzania obcych marek się sprawdził, to jeżdżący fiatem właściciel Comindeksu wprowadza na nasz rynek m.in. Alfę-Romeo. No i na dokładkę mariaż z Sanofi Aventis, potentatem branży farmaceutycznej, zawarty w połowie lat 90., a rozwiązany po przejęciu Polpharmy. Biznes rósł i rośnie jak na drożdżach. Dziś do imperium Jerzego Staraka należy też 25-procentowy pakiet ZT Kruszwica, specjalizujących się w produkcji olejów, tłuszczów i biopaliw.

20-letnia córka, studiująca ekonomię na prestiżowym amerykańskim Uniwersytecie Browna, będzie miała z czym się mierzyć.

— To nie znaczy, że skończyłem już swoją misję. Wciąż można rozwijać Polpharmę, choćby za granicą — przekonuje biznesmen.

Zaraz rozpoczyna też długi wywód o tym, jak można ulepszać, poprawiać i wymyślać formuły leków i zarabiać na tym miliony.

— Przy czym tymi milionami trzeba się umieć dzielić — kwituje.

Sztuka biznesu

Efekt dzielenia się to m.in. kilkanaście milionów złotych na granty naukowe, przyznane przez sponsorowaną przez Staraka Fundację na Rzecz Wspierania Rozwoju Polskiej Farmacji i Medycyny.

— To ewenement w Polsce. Mieszanka myślenia charytatywnego i inwestycji w amerykańskim stylu — uważa prof. Zbigniew Gaciong, przewodniczący rady naukowej fundacji.

Do tego niemałe pieniądze włożone w promocję sztuki. Polskiej, szczególnie rzeźby, malarstwa i fotografii, ale także opery. Z gustami się nie kryje. Pokazuje je w warszawskiej siedzibie Spectry, spółki-matki jego biznesów, zamienionej po części w galerię sztuki.

— Łoł! — tyle na wstępie mówią zwykle ci, którzy pierwszy raz odwiedzą okazały biurowiec.

Taka ulepszona Agora.

- Robiło ją to samo biuro projektowe — mówi skromnie gospodarz, choć dumy nie ukrywa.

Biurowiec niczym nie przypomina więc ciasnych szczurowni, w których króluje open space. Przestronne korytarze pełne są rzeźb, obrazów i zieleni. Pośrodku patio ze stolikami. W jednym ze skrzydeł — imponujący klub fitness, z sauną, solarium i dziesiątkami sprzętów. Dla pracowników za półdarmo, podobnie jak sushi w środy i w piątki.

— Cel jest jasny. Żeby żadna z 550 pracujących tu osób nie miała ochoty na rozmowę z headhunterem — tłumaczy Jerzy Starak, który sam od miesięcy kusi polskiego biotechnologa z 25-letnim doświadczeniem w USA.

Tenże ma mu rozruszać nowy dział biznesu. Jeśli jest człowiekiem wrażliwym na piękno, to powinno się udać. Wtedy za serce chwyci go stojąca przed budynkiem Grande Toscano — monumentalna rzeźba Igora Mitoraja, jedna z bodajże trzech jego dużych prac w Polsce. Kolejna, z białego marmuru, znalazła miejsce wewnątrz biurowca. Trzecia stoi przed siedzibą PKOl i nie jest tajemnicą, że ufundował ją właściciel Polpharmy. Jerzy Starak nie chce zdradzić, ile dzieł ma w kolekcji. Znawcy mówią o kilku setkach, wiadomo, że jej część nabył od Iwony Büchner, Wojciecha Fibaka i Andrzeja Starmacha. Deklaruje, że ani myśli jej rozprzedawać. Nazwiska Fangor, Horowitz czy Olbiński to tam nie wyjątki.

— Ma swój gust i kupuje według niego, a nie mody na to, co powinno wisieć w salonie bogacza — uważa Igor Mitoraj.

— Zbiór tworzę według jednego klucza. Podobania mi się — tłumaczy Starak-mecenas sztuki, który jest integralną częścią Staraka-biznesmena.

— Na pewno bliski jest mu Witkacy. A z żyjących za "naj naj" uważa Mitoraja — zdradza szef Opery Narodowej.

Stoimy obok dużego płótna przedstawiającego ubraną na czarno dziewczynę na tle morza. To "Za horyzontem" pędzla 30-letniej Doroty Borowej.

— Lubię. Tu jest coś z Cybulskiego — komentuje właściciel obrazu, mający w zbiorach dzieła większości najważniejszych artystów o polskim rodowodzie.

Sport kocha uprawiać, ale nie podlewać, dlatego nie żałuje, że nie poddał się namowom Jana Wejcherta i nie wszedł w Legię Warszawa. Wystarczy mu koszykarski klub w Starogardzie Gdańskim. A tak woli pograć w tenisa, pobiegać czy na żywo kibicować Rafaelowi Nadalowi. Albo bawić się w sporty ekstremalne, czyli wymyślać nowe biznesy.

— Jestem swego rodzaju deweloperem, dlatego trzymam się farmacji, bo ta się szybko rozwija i wygląda na to, że przez lata będzie zabawą w klimacie neverending story — śmieje się biznesmen.

Przykład? Kilka lat temu ruszył ze sprzedażą Maxigry, polskiej odmiany Viagry, tańszej, choć działającej tak samo. Cały myk polegał na opracowaniu i opatentowaniu nowej metody syntezy kluczowego składnika. Pfizer nie mógł się do niczego przyczepić. Dlatego Maxigra jest do kupienia w aptekach. Powstała już po królikach. Tu już detale Jerzy Starak dopatrzył.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu