Jeśli rząd Belki przepadnie to czeka nas negatywna reakcja giełdy, ale nie tak mocna jak tego oczekują pesymiści.
Z Ameryki
Tydzień na rynkach amerykańskich zaczął się bardzo nerwowo, ale zakończył niewielkimi zmianami indeksów. Inwestorzy bali się inflacji i Alana Greenspana, ale okazało się, że strach ma wielkie oczy. Dane o inflacji były mieszane, bo główna jej miara na poziomie konsumenta (CPI) wzrosła bardziej niż oczekiwano, ale inflacja bazowa ledwo drgnęła. Jednak ceny producentów (PPI) wzrosły wyraźniej - z czasem ten wzrost przeniknie do CPI. Dyskusyjne jest patrzenie tylko na inflację bazową skoro koszty paliw są stałym czynnikiem podnoszącym ceny, ale to już zupełnie inny temat.
Ciekawe były wypowiedzi Alana Greenspana. Powiedział, że inflacja raczej nie będzie wielkim problemem, a podwyżki stóp będą „w ciągu nadchodzących kwartałów wprowadzane stopniowo”. Jak to się ma do poprzednich wypowiedzi o możliwości szybkiego uderzenia, jeśli inflacja będzie rosła to chyba wie tylko szef Fed. Nie wiem czy chodzi o to, żeby zamieszać w głowach graczom na rynkach finansowych, czy też po prostu sytuacja jest na tyle zmienna, że Greenspan ciągle zmienia zdanie.
Fed chce, żeby poziom stóp procentowych rósł powoli. Najlepiej po 25 pkt. bazowych jednorazowo i maksymalnie po 50 punktów na kwartał (mówi się, że do przyszłego roku wzrosną z 1 do 3,5 proc.). Chodzi o to, żeby gospodarka stopniowo się przyzwyczajała do wzrostu oprocentowania kredytów. Pozwoliłoby to uniknąć załamaniem rynku nieruchomości i akcji. Pytanie tylko, czy żyjące swoim życiem rynki obligacji pozwolą na takie stopniowe podnoszenie stóp. Jeśli rentowność będzie szybko rosła to i kredyt też będzie drożał, a to wymusiłoby mocniejsze działanie banku centralnego. Niewątpliwie ostrzeżeniem jest zapowiadane przez Billa Grossa (szef PIMCO, największego na świecie funduszu obligacji) przeniesienie dużej części kapitałów do Eurolandu, który według niego powinien być bardziej odporny na presję inflacyjną.
Gdyby takie załamanie rynków nastąpiło to zubożyłoby Amerykanów i wprowadziłoby gospodarkę ponownie w recesję. I to recesję dużo silniejszą niż ostatnio, bo Fed nie byłby już w stanie jej przeciwdziałać. Prawdę mówiąc, jeśli gospodarka ma się nadal szybko rozwijać to, paradoksalnie, taki koniec jest praktycznie nie do uniknięcia. A jeśli nie będzie się rozwijała to wejdzie w najlepszym razie w stagnację. Nie bardzo wierzę w to, że Fed zapewni rynkom miękkie lądowanie.
Poza inflacją ciekawe były również inne dane makroekonomiczne. Pokazały, że ożywienie gospodarcze w najbliższym czasie będzie trwało i nie widać żadnych sygnałów ostrzegawczych. Produkcja wzrosła najmocniej od sześciu lat. Dane z rynku nieruchomości też były znakomite. Okazało się co prawda, że handel zagraniczny wygenerował kolejny rekordowy deficyt. To zmniejszy wzrost PKB w drugim kwartale, ale może trochę zniechęcić Fed do ostrego podnoszenia poziomu stóp procentowych. Problem w tym, że to nie wzrost importu tak pogorszył deficyt. Import wzrósł jedynie nieznacznie, ale eksport spadł o 1,4 mld USD (1,5 proc.). Jeśli przy słabym dolarze eksport spada, to co stałoby się, gdyby dolar się wzmocnił? Jedyna nadzieja w konsumencie amerykańskim, a ten trzyma się na razie bardzo dobrze. Sprzedaż detaliczna była lepsza od prognoz, a wstępne dane o indeksie Uniwersytetu Michigan pokazały niespodziewaną i wyraźną poprawę nastrojów. To zapowiada, że zyski spółek w drugim kwartale będą lepsze od prognoz, ale może przyśpieszyć tempo podwyższania poziomu stóp procentowych.
Nadchodzący tydzień będzie ubogi w raporty makroekonomiczne i informacje ze spółek. Być może dane o zamówieniach na dobra trwałego użytku trochę rynek we czwartek rozruszają, ale też za bardzo bym na to nie liczył. Wszyscy będą już czekali na posiedzenie FOMC, a ponieważ nie będzie impulsów (chyba, że jakieś wydarzenia ze sfery geopolityki nam je zapewnią) to kierunek indeksów będzie zależał od chwilowych nastrojów. Ciągle mamy jednak jeden bardzo duży problem –mały wolumen. Duże pieniądze są poza rynkiem, ale jest szansa na to, że przed posiedzeniem FOMC nastąpi uderzenie popytu.
W zasadzie powinno tak być, bo jeśli inwestorzy szykują się na letnia hossę i zakładają, że zacznie się po tym posiedzeniu to powinni zacząć kupować akcje wcześniej. Może jednak również trwać gra według następującego scenariusza: tydzień wyczekiwania przed posiedzeniem FOMC, krótka reakcja po posiedzeniu, znowu nuda przed przedłużonym z powodu Dnia Niepodległości weekendem (mimo że wypada w niedzielę to poniedziałek jest wolny) i dopiero potem prawdziwa letnia hossa, czyli gra pod wyniki kwartalne spółek. Bez względu na scenariusz widać, że na wykresach tworzy się „byczą flaga”, która prawie zawsze zapowiada nadchodzącą zwyżkę. Oczywiście, że pułapki w analizie technicznej zdarzają się, ale dopóki indeks S&P 500 pozostaje nad średnimi 50. i 200. sesyjnymi to obóz byków nie jest zagrożony.
Z Polski
GPW nadal zachowywała się nadal bardzo słabo. Tak jest zazwyczaj przed terminem wygasania kontraktów, a przecież ciążyła nam jeszcze polityka. W tej sytuacji rynek i tak zachował się przyzwoicie. Na indeksie cenowym tak dobrze jednak nie było. Mniejsze spółki zachowywały się dużo gorzej, ale to nie ma specjalnego znaczenia prognostycznego. Zwracały uwagę, małe, wakacyjne obroty, ale ostatnio na wszystkich giełdach wolumen utrzymuje się na bardzo niskim poziomie, więc wyjątkiem nie byliśmy.
Ważna była sytuacja polityczna, ale dane makro też miały duże znaczenie. Wybory do Parlamentu Europejskiego, mimo niespodzianek, nie zmieniły ani na jotę bieżącej sytuacji. Wyniki wyborów do Sejmu będą zupełnie inne, bo inna będzie frekwencja i zupełnie inne proporcje wśród głosujących. Te wybory będą mniej korzystne dla partii „miejskich” i „inteligenckich”. Jak słyszę Jana Rokitę szydzącego z SdPl i wyraźnie prowokującego tę partię do głosowania przeciwko rządowi Belki to mam wrażenie, że nie tylko wygłaszając hasło o Nicei szybciej mówił niż myślał. Jedyną szansą dla PO jest przesunięcie wyborów z sierpnia, kiedy to elektorat tej partii będzie znacznie uszczuplony, na inny termin i najlepiej byłoby zrobić to rękoma Socjaldemokracji Polskiej.
Czemu w takim razie ma służyć obrażanie tej partii? Jestem za mocnym państwem, ale musi mieć silny rząd żeby takie było. Silny siłą układu partyjnego z parlamentu, a nie ma najmniejszych szans, żeby taki układ powstał w sierpniu. Nie wiem, co postanowi hamletyzująca SdPl, ale z pewnością zapłaci za każdą decyzję. Jeśli poprze rząd to opozycja ją będzie wyszydzała, a jeśli nie porze to będzie odpowiedzialna za sierpniowe wybory. W końcu tygodnia wydawało się, że rząd się utrzyma. Uważam, że gdyby jednak przepadł to czekałaby nas negatywna reakcja giełdy, ale nie tak mocna jak tego oczekują pesymiści. I odwrotnie — sukces Belki, o ile na świecie indeksy nie będą rosły, nie gwarantuje trendu wzrostowego.
Wydarzeniem ze sfery makroekonomii były dane o inflacji, która wzrosła zdecydowanie mocniej niż prognozowano. Podwyżki cen wynikające z wejścia do UE (będę ciągle przypominał prognozę NBP – wzrost z powodu wejścia do UE jedynie o 0,9 pkt. proc. – ciekawe czy i kiedy się z tego bank wycofa) skumulowały się ze wzrostem kosztów paliw (pośrednio wpływają na ceny innych produktów). W miesiącach letnich rynek oczekuje deflacji, ale wielu ekonomistów twierdzi, że będzie mniejsza niż rok temu. Po tych danych już praktycznie wszyscy mówią o podniesieniu stóp i jedynym pytaniem jest czy o 25 czy 50 pkt. bazowych.
W dalszym ciągu uważam, że nie ma się co śpieszyć, a prawdziwego wpływu wejścia do UE i ruchów cen ropy nie poznamy nawet do września. Popatrzmy na Chiny. Tam gospodarka rozwija się od dawna i to dużo mocniej. Inflacja ostatnio sięgnęła 4,4 proc. (cel banku to 5 proc.), ale władze robią wszystko, żeby stóp nie podnosić i wręcz zapowiadają, że to był szczyt inflacji w tym roku. Czy mają rację? Nie wiem. Wiem jednak, że zazwyczaj oczekiwania inflacyjne przenoszą się na płace, ale nie w kraju, w którym, tak jak u nas, bezrobocie sięga 20 procent.
Jedynie Jerzy Pruski, wiceprezes NBP, trzeźwo powiedział, że część składników inflacji majowej ma charakter przejściowy. Zupełnie nie rozumiem dlaczego analitycy i sam wicepremier Hausner praktycznie namawiają RPP do podniesienia stóp. Co prawda podwyżki stóp wywołują umocnienie złotego, a to oddala perspektywę przekroczenia ostrożnościowych progów zadłużenia, ale po ostatnich danych o deficycie budżetu (dużo mniejszy od oczekiwań) zaczynają się już pojawiać opinie (np. banku HSBC) mówiące, że prawdopodobieństwo przekroczenia progu 55 proc. zadłużenia w stosunku do PKB jest niewielkie.
Wszystko to przy obecnym sposobie liczenia, a co dopiero po przejściu na metodologię unijną. Wzmocnienie złotego i podwyżki stóp osłabią eksport, a co za tym idzie całą gospodarkę. Jaki w tym sens? Mówi się, że podniesienie stóp tylko o 25 pkt. bazowych w niczym gospodarce nie zaszkodzi, ale to nie jest cała prawda. Owszem, koszty kredytu wzrosną jedynie nieznacznie, ale zmienią się oczekiwania przedsiębiorców. Dojdą do wniosku, że cena kredytu będzie rosła osłabiając gospodarkę, a to zmniejszy ich skłonność do inwestowania i zwiększania zatrudnienia.
W nadchodzącym tygodniu jasne jest tylko to, że będziemy wiedzieli czy mamy rząd na kilka miesięcy czy nie. Jednak nawet jeśli powstanie to pozostanie niepewność czy będzie miał poparcie Sejmu przy uchwalaniu aktów prawnych, a poza tym nadal będziemy czekali na decyzje banków centralny w Polsce i USA. Uważam jednak, że w obu przypadkach podwyżka o 25 pkt. bazowych jest już zawarta w cenach. Z tego wcale nie wynika, że o tym jak zamknie się tydzień zadecyduje czwartkowe głosowanie nad rządem Marka Belki. Jedna sesja obrazu rynku nie zmieni, ale zakładam, że od początku tygodnia zacznie się gra pod czwartkowe wydarzenie. Kierunek indeksów będzie zależał przede wsyztskim od wypowiedzi polityków, a niwielki obrót powinien zapewnić huśtawkę nastrojów.