Politykami rządzi profesor D’Hondt

opublikowano: 10-06-2019, 22:00

Do wyborów parlamentarnych, które odbędą się przypuszczalnie 20 października 2019 r. (termin najbardziej realny), pozostało nieco ponad cztery miesiące.

Zatem kampania, stanowiąca naturalne przedłużenie europejskiej, z każdym tygodniem się rozkręca. Na razie przede wszystkim w weekendy, gdy politycy zajmują medialną przestrzeń naturalnie zwolnioną przez inne tematy — w tym np. wydarzenia biznesowe.

Koalicja
Europejska była konstrukcją epizodyczną, zbudowaną tylko na wybory 26 maja 2019
r.
Zobacz więcej

Koalicja Europejska była konstrukcją epizodyczną, zbudowaną tylko na wybory 26 maja 2019 r. Fot. Andrzej Hulimka

Wybory do Parlamentu Europejskiego (PE) stanowiły tylko poligon dla uczestników wojny październikowej. Odrębnym tematem będą wybory do Senatu w 100 większościowych okręgach jednomandatowych. Sejm wybieramy natomiast proporcjonalnie w 41 okręgach różnej wielkości, z liczbą mandatów od 8 do 20. W tym wątku politykami rządzi Victor D’Hondt, XIX-wieczny belgijski profesor prawa i matematyki, który w 1878 r. stworzył najbardziej popularną na świecie metodę przeliczania głosów w wyborach proporcjonalnych na mandaty. Po kilku nieudanych próbach innych systemów w III RP metoda D’Hondta już się ustabilizowała. Najważniejszą jej cechą jest faworyzowanie ugrupowań wielkich, ponieważ kolejne ilorazy wynikające z dzielenia liczby głosów przez 1, 2, 3 etc. dają premię w mandatach właśnie liderom. To arytmetyczna oczywistość, której podporządkowane są wszelkie ruchy na początku kampanii.

Po stronie tzw. dobrej zmiany możliwości konsolidacyjne raczej się wyczerpały. Narodowcy przecież się nie przyłączą, dlatego Prawo i Sprawiedliwość o nich nie myśli, natomiast łakomym kąskiem może być podupadły Kukiz ’15. Sztandarowym hasłem tego ugrupowania są jednak okręgi jednomandatowe, tymczasem dla PiS właśnie ordynacja proporcjonalna do Sejmu stanowi źródło siły. Hipotetyczna fuzja wydaje się zatem abstrakcją, ale w polityce nie należy niczego wykluczać…

Wielkie możliwości kreatywne zachowuje natomiast opozycja. Koalicja Europejska była projektem epizodycznym, stworzonym tylko na wybory do PE. Sygnał usamodzielnienia już dało Polskie Stronnictwo Ludowe, czego można było się spodziewać. Niewykonalne jest natomiast zapowiedziane przez ludowców montowanie tzw. Koalicji Polskiej, ponieważ głosów im to nie doda, natomiast próg konieczny dla wejścia do Sejmu skoczy z 5 do 8 proc. Sojusz Lewicy Demokratycznej, do którego blisko Wiośnie, ma rozstrzygnąć o starcie w wewnętrznym referendum. Bez przyciągnięcia partyjki Razem lewicowa koalicja będzie jednak miała problem z przeskoczeniem bariery 8 proc. głosów. Rozpoczęła się natomiast nieuchronna konsolidacja Platformy Obywatelskiej z Nowoczesną. Trudno uniknąć skojarzeń ze zjednoczeniem się w 1990 r. dwóch niby równoprawnych państw RFN z NRD, które sprowadziło się do pochłonięcia wschodniej części Niemiec przez zachodnią. Nowoczesna sama skazała się na integrację/zniknięcie. Zasadne jest pytanie, skąd przed wyborami w 2015 r. w ogóle się wzięła i co realnie odróżniało ją od PO — poza ambicjami Ryszarda Petru. Jedyny dorobek Nowoczesnej to niewątpliwie wprowadzenie do Sejmu nowych twarzy, zwłaszcza kobiecych, które na listach PO nigdy nie przebiłyby się do miejsc tzw. biorących. Ale to trochę mało. Partia, której cała baza ogranicza się do kilku sejmowych pokojów, zaś działalność do wypowiadania się w holu do kamer, nie ma jednak w Polsce racji bytu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu