Wojna na Bliskim Wschodzie wywołała panikę na rynkach surowców i obligacji. Rentowność polskich papierów skarbowych też szybko rośnie. Czy to dobry moment, żeby zaczynać dyskusję, jak wykorzystać rezerwy złota Narodowego Banku Polskiego do finansowania wydatków na obronność?
Na pewno nie jest to moment idealny. Polska gospodarka i finanse, podobnie jak cała gospodarka europejska i światowa, przeżywają obecnie szok oraz niepewność wynikającą z wojny na Bliskim Wschodzie i jej konsekwencji. Rynki nie wiedzą, jak długo potrwa ten konflikt i jakie będą jego długofalowe skutki dla cen ropy. W efekcie kapitał ucieka do „bezpiecznych przystani”, głównie do Ameryki, na czym traci zarówno złoty, jak i polskie obligacje. Zatem moment na samą operację nie jest optymalny, ale uważam, że debata na ten temat powinna trwać. Nawet jeśli realizacja pomysłu na tzw. SAFE zero procent przesunie się w czasie.
Ale czy w kontekście tak silnego zawirowania na rynkach SAFE zero procent powinien być stawiany jako alternatywa dla kredytu SAFE z Komisji Europejskiej już na poziomie debaty?
Nie, to nie jest alternatywa, lecz mechanizm komplementarny wobec programu europejskiego. Od jednego instrumentu typu SAFE lepsze są dwa, przy czym to program europejski powinien być głównym. Obecny szok rynkowy dobitnie pokazuje, jak korzystne dla Polski są długoterminowe i tanie fundusze europejskie. Stosując analogię: to sytuacja, w której przeciętny Kowalski chce zaciągnąć kredyt hipoteczny, ale zamiast niego robi to jakiś milioner, który korzystając ze swojej wiarygodności, może uzyskać w banku lepsze warunki, a po zaciągnięciu takiego kredytu przekazuje te środki Kowalskiemu na tych samych, lepszych warunkach. Dokładnie tak działa europejski SAFE. Wbrew głosom przeciwników Niemiec, to nie oni na tym zyskują – jest wręcz przeciwnie. To Niemcy de facto subsydiują ten mechanizm, użyczając swojej wysokiej wiarygodności kredytowej, aby koszt pożyczki był jak najniższy.
Obecny kryzys na rynkach podręcznikowo dowodzi, że polska gospodarka jest znacznie mniej odporna na globalne wstrząsy niż gospodarka europejska jako całość, a w szczególności niż Komisja Europejska posiadająca najwyższy rating AAA. SAFE to sposób na ustabilizowanie i wzmocnienie polskich finansów w długim terminie przy najniższym możliwym koszcie finansowania subsydiowanym przez Europę Zachodnią.
Ale przeciwnicy europejskiego SAFE argumentują, że przy takiej konstrukcji kredytu uzależnimy się za bardzo od Europy Zachodniej, w tym Niemiec.
Będzie odwrotnie. Dzięki temu, że kredyt jest tani i bezpieczny, zyskujemy większą suwerenność wobec rynków prywatnych. Widzimy teraz, jak rynki finansowe potrafią ulegać panice i wycofywać się z polskich aktywów bez względu na rzeczywistą siłę naszej gospodarki. Gdy już zaciągniemy ten kredyt, nikt nam go nie odbierze – żadna warunkowość czy zmiany w polityce unijnej. Co więcej – i to argument dotąd nieobecny w debacie – gdyby w przyszłości doszło do sytuacji krytycznej, np. inwazji na Polskę, nie wyobrażam sobie, byśmy nie mogli wynegocjować odroczenia spłaty unijnej pożyczki. Dziś nikt o zdrowych zmysłach nie wymaga od Ukrainy spłaty pożyczek w terminie. Polska, której rola w Unii rośnie, miałaby przez kolejne 45 lat spłacania dużo do powiedzenia w kwestii warunków tej pożyczki.
Wróćmy do SAFE zero procent, czyli operacji na rezerwach złota NBP. Czy możliwość przeksięgowywania różnic w wycenie aktywów banku centralnego na rachunek wyników powinna stać się stałą zasadą, czy jednak należy traktować to rozwiązanie jako wyjątek?
To sytuacja ekstraordynaryjna; to musi być wyjątek, a nie reguła. Musimy bardzo precyzyjnie wytłumaczyć inwestorom zagranicznym, że nie jest to nowa polityka drukowania pieniędzy, do czego w dużej mierze to się sprowadza, i ich późniejszej sterylizacji, lecz porozumienie mające wesprzeć ogromny wysiłek modernizacyjny polskiej armii. Widzę to jako jednorazowy manewr, który nie powinien być powtórzony. Taką komunikację musimy wysłać w świat.
A co się stanie, jeśli rynek nie zrozumie intencji polskich polityków?
Dolejemy benzyny do rynkowego ognia i właśnie dlatego poczekajmy z ocenami na szczegóły, bo koncepcja ewoluuje. Tydzień temu mówiono o wypłacie 185 mld zł z zysku NBP, później prezes Adam Glapiński wspominał o kwotach rzędu 60 mld zł rocznie. Uważam, że wolniejsze, stopniowe uwalnianie rezerwy byłoby bardziej uzasadnione. Musimy zachować ogromną ostrożność w komunikacji, wyjaśniając, dlaczego ta operacja jest Polsce potrzebna. Dla mnie kluczowy pozostaje SAFE europejski, który zwiększa naszą wiarygodność, podczas gdy ten drugi projekt ma go wspierać, szczególnie wtedy, kiedy inne instrumenty były niedostępne lub zbyt drogie.
Czy jednak rozpoczynając teraz debatę o rezerwach, nie otwieramy puszki Pandory? W przyszłym roku mamy wybory, pokusa, żeby sięgnąć po pieniądze z NBP, w rządzie będzie bardzo duża, a bank sam podaje mu rękę mówiąc „możemy mieć zysk na złocie”. Jak się zabezpieczyć przed naciskami na NBP, czy pieniądze ze złota od początku powinny być „znaczone”?
Tak, mechanizm musi być wyjątkowy, a pieniądze powinny być „znaczone”. Musi być jasne od początku, że tak wygenerowane środki idą wyłącznie na wsparcie armii i odciążenie finansów publicznych. Zastąpią one zaciąganie dodatkowego długu i zwiększanie deficytu, co obiektywnie powinno Polsce pomóc. Sam pomysł skorzystania z rezerw NBP – proponowany wcześniej przez prof. Grzegorza Kołodkę, choć w nieco innej formie – uważam za uzasadniony. Warto debatować o wielkości polskich rezerw, które są obecnie znacznie wyższe niż globalne standardy. W momencie wzrostu zagrożeń militarnych zasadne jest sięgnięcie po nadzwyczajne środki. Rezerwy są na czarną godzinę, a inwestycja w armię to idealny sposób na obniżenie ryzyk w przyszłości. To zupełnie inny rodzaj wydatku niż nakłady na służbę zdrowia czy stadiony.
Autorzy pomysłu SAFE zero procent argumentują, że będzie on w pełni suwerenny, bo nikt nie będzie dyktował rządowi, od kogo i jakie uzbrojenie Polska ma kupować. A to chyba sugeruje, że pieniądze z rezerw pójdą głównie na finansowanie importu, głównie z USA.
W całym tym zgiełku umyka nam, że spór o to, który program jest lepszy, jest absurdalny. Powinniśmy pokazywać współpracę ponad podziałami, a nie stawiać SAFE zero procent jako alternatywę dla SAFE unijnego. Oba programy mają nam dać setki miliardów na zbrojenia, które się i tak przydadzą, bo do końca 2030 r. wydamy na armię ponad bilion złotych, czyli ponad dwa razy więcej niż wartość obu źródeł finansowania. Potrzebne nam będą kolejne „sejfy”. SAFE unijny rozwiązuje problem, o którym Polska zawsze mówiła: brak silnej, doinwestowanej Europy w obszarze hard power. W Europie mamy ponad 170 różnych platform wojskowych, w Ameryce tylko 30. W naszym interesie jest, aby oprócz budowy polskiej potęgi zbroiła się cała Europa, tworząc „mięśnie”, dzięki którym wzrośnie suwerenność Europy i odporność na konflikty, takie jak ten w Ukrainie. A za pieniądze z SAFE zero procent i z własnego budżetu rząd może kupować gdzie chce. Choć warto zwrócić uwagę, że przy obecnej skali konfliktów, w tym wojny z Iranem, amerykańskie zasoby nie będą nieskończone, więc może się okazać, że jakiekolwiek zakupy za oceanem, np. patriotów, będą musiały czekać w kolejce. Problemem z unijnym kredytem jest z kolei utajnienie listy inwestycji. Obywatele nie mają więc pewności, czy ta góra pieniędzy zostanie dobrze zagospodarowana.
Dobrze by było, aby duża część tych środków była wydana w Polsce - co gwarantuje program unijny - ale wspierała sektor prywatny, a nie głównie państwowe firmy. Chodzi o to, by za dekadę w Polsce powstał polski Rheinmetall – silna, prywatna firma zbrojeniowa notowana na GPW. SAFE powinien być do tego kluczem.
Ci, którzy oba programy stawiają w opozycji wobec siebie, mówią, że operacja na rezerwach jest dużo tańsza niż kredyt z UE, stąd zresztą nazwa: SAFE zero procent.
Warto to doprecyzować: oczywiście to nie będzie operacja bezkosztowa, to nie będzie zero procent, bo dodatkową płynność, jaka się pojawi na rynku po wypłacie zysku NBP trzeba będzie sterylizować, żeby uniknąć wyższej inflacji. Jednak koszt ten nie musi wynosić 3,75 proc., czyli tyle co stopa referencyjna NBP, a więc oprocentowanie bonów pieniężnych. Po pierwsze dlatego, że duża część tych środków pójdzie na import i z definicji nie będzie wymagała sterylizacji. Po drugie, NBP nie ma obowiązku sterylizowania całej nadwyżki płynności. Jesteśmy z inflacją poniżej środka celu inflacyjnego, więc jest przestrzeń na to, by przyjąć koszt nieco wyższej inflacji w zamian za tańszy pieniądz. Po trzecie, istnieją też inne instrumenty w arsenale banku centralnego, nie tylko sprzedaż bonów pieniężnych. Jest na przykład kwestia oprocentowania rezerwy obowiązkowej, jaką banki muszą odprowadzać do NBP. Niektóre banki centralne – np. EBC – nie płacą za nie w ogóle. Jest mnóstwo miejsca na zmiany korzystne dla państwa. NBP mógłby podwyższyć proporcje rezerw obowiązkowych i obniżyć ich koszt. To realnie obniżyłoby koszty SAFE zero procent, choć dalej nie byłoby to zero.
Dr hab. Marcin Piątkowski, profesor Akademii Leona Koźmińskiego i autor książki „Złoty wiek. Jak Polska została europejskim liderem wzrostu i jaka czeka ją przyszłość”. Wcześniej m.in. główny ekonomista PKO BP oraz wizytujący naukowiec na Uniwersytecie Harvarda.
