Polska ziołami pachnąca

Branża czuje boom. Zioła to niezła alternatywa dla mniejszych rolników, bo giganci tu nie zaglądają

Według niektórych danych — pierwsi w UE, według innych — poza pierwszą europejską trójką albo… trzeci na świecie. Nie sposób znaleźć oficjalnych statystyk, pozwalających ocenić, jak wysoka jest pozycja Polski w uprawie ziół, ale to w zasadzie jedyna poważna bolączka kwitnącej branży.

ZIOŁA NA CZASIE:
ZIOŁA NA CZASIE:
Rynek zielarski podlega modom. Jak twierdzi Marcin Lewandowski, współwłaściciel Firmy Zielarskiej Lewandowski, ostatnie hity to babka płesznik i czystek. Czystek pochodzi ze zbioru naturalnego — głównie w Turcji i Albanii, w Polsce jest tylko oczyszczany i przygotowywany do konsumpcji.
Wojtek Szabelski

Prowansalskie z Polski

— Zdecydowana większość produkcji wyjeżdża z kraju. W przypadku naszej firmy to 80 proc., choć niedawno było 95 proc. Spadek wynika jednak z tego, że nasi najwięksi odbiorcy otworzyli oddziały w Polsce i dostarczamy im surowiec w kraju, a później sami go wywożą — mówi Marcin Lewandowski, współwłaściciel FZL, firmy zielarskiej. Nie ma żadnych zbiorczych danych o wartości polskiej produkcji.

— Przykładowo: tymianek trafia do bardzo wielu przemysłów — do leków, suplementów diety, produktów spożywczych, kosmetyków i w każdym z tych przypadków jest inaczej klasyfikowany, więc nikt tego nie podliczył. Słyszałem o szacunkach na poziomie od kilkuset milionów złotych do miliarda — twierdzi Marcin Lewandowski.

Za największego europejskiego przetwórcę ziół uchodzą Niemcy. Sami nie mają jednak tak wielu upraw i do nich oraz do Austriaków, Szwajcarów i Francuzów wyjeżdża najwięcej polskiego surowca. Francja, co ciekawe, zaopatruje się u nas w tymianek, czyli składnik swojego flagowego produktu — ziół prowansalskich.

Jedna ze szwajcarskich telewizji, RTS, przeprowadziła nawet w tej sprawie dziennikarskie śledztwo, gdyż z francuskich statystyk wynika, że rodzima produkcja pokrywa zaledwie 10 proc. krajowego popytu. Tymianek to niejedyna polska specjalność — rośnie u nas sporo rumianku, melisy czy mięty.

— Poza zakładanymi uprawami mamy tzw. dzikie zioła. Polska jest gigantem np. w produkcji kasztanowca zwyczajnego — odpowiada za około połowy europejskiej podaży. To znów nieoficjalne statystyki, lecz szacunki wynikające m.in. z danych zbieranych przez Europam [Europejskie Stowarzyszenie Plantatorów Ziół — red.], do którego należymy — wyjaśnia Marcin Lewandowski. Rynek zielarski składa się z nisz.

— Na świecie jest kilka tysięcy surowców zielarskich. W Polsce mamy ich około 200. Pochodzą z plantacji lub są dziko zbierane. Nasza firma specjalizuje się w około 50, a nasza konkurencja — w kilkudziesięciu innych itd. — twierdzi współwłaściciel FZL. Pojawiające się w różnych raportach dane wskazują, że uprawy rosną na 15-25 tys. hektarów. Marcin Lewandowski przyznaje, że branża podaje nawet pięciokrotnie wyższe statystyki.

Sprzyjające trendy

Nie sposób określić dokładnej dynamiki wzrostu popytu.

— Kolega z branży mawia, że dopóki na 10 reklam w telewizji adresowanych do kobiet 5 zawiera komponenty ziołowe, dopóty nie grozi nam bezrobocie. Prostych surowców pochodzenia biologicznego potrzebuje też biotechnologia. Trendy prozdrowotne wymuszają natomiast na producentach żywności dodawanie naturalnych przypraw czy zamienianie składników na będące pochodzenia naturalnego — wyjaśnia Marcin Lewandowski. Branża odczuła problemy w Rosji i na Ukrainie.

— Embargo wprawdzie nie dotyczy ziół, ale z powodu trudnej sytuacji ekonomicznej mocno zmienił się profil produkcji w tych krajach i popyt spadł — mówi współwłaściciel FZL. Zaznacza jednak, że zielarze są w stanie kompensować to sobie innymi kierunkami.

Poza konkurencją

Zdaniem Marka Komorowskiego, współwłaściciela Polskich Ziół, uprawy zielarskie to interesująca opcja dla rolników, choć nie dla największych.

— Produkcja nie może być zmechanizowana — wymaga dużo siły roboczej, ale nie ogromnych obszarów. Dla niektórych regionów Polski, gdzie rolnictwo jest rozdrobnione, to sposób na dywersyfikację produkcji. Cały czas zaostrzane są normy jakościowe [np. odnośnie do pozostałości po środkach ochrony roślin — red.], co wymusza jeszcze bardziej staranne prowadzenie upraw, zwiększanie kosztów siły roboczej i potrzebę większej integracji plantatorów z przetwórniami — mówi Marek Komorowski.

Zdaniem Marcina Lewandowskiego, to sprawia, że rynkowi nie zagraża tania konkurencja z Azji czy Afryki.

— Widać wprawdzie rosnącą rolę Afryki Północnej jako producenta, ale wciąż higiena produkcji i pestycydy są tam problemem. Chiny natomiast w wielu przypadkach mają inne uprawy ziół, więc raczej uzupełniają naszą ofertę, a po skandalach z zatrutą żywnością koncerny tam produkujące wróciły do Europy — dodaje współwłaściciel FZL.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michalina Szczepańska

Polecane