Polski SAFE zero procent kosztuje więcej niż 0 proc.

Ignacy MorawskiIgnacy Morawski
opublikowano: 2026-03-05 07:16

Propozycja prezydenta Karola Nawrockiego, by do finansowania zbrojeń wykorzystać rezerwy NBP, może mieć sens pod pewnymi warunkami. Ale ma koszty dużo wyższe niż reklamowane 0 proc.

Przeczytaj artykuł i dowiedz się:

- czy propozycja finansowania zbrojeń przez NBP, nazywana „SAFE zero procent”, faktycznie nie wiąże się z żadnymi kosztami dla państwa

- jakie są dwie główne metody, którymi NBP mógłby sfinansować zbrojenia, i jakie ukryte koszty niosą ze sobą te rozwiązania

- dlaczego propozycja NBP może prowadzić do inflacji, problemów prawnych i obniżenia wiarygodności kredytowej Polski

- dlaczego zaangażowanie NBP w spór między prezydentem a rządem jest tak ryzykowne dla stabilności państwa

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

W Polsce rozgorzał spór polityczny dotyczący tego, czy rząd powinien zaciągać preferencyjny kredyt w Unii Europejskiej na finansowanie zbrojeń. Kredyt jest tani w porównaniu do opcji rynkowych, ale niesie za sobą pewne wymogi, w tym zakup większości sprzętu w UE.

W środę prezydent Karol Nawrocki, występując wraz z prezesem NBP Adamem Glapińskim, zaproponował, by skorzystać z finansowania zbrojeń przez NBP. Nazwał to „SAFE zero procent”, wskazując, że pieniądze z NBP nie niosłyby żadnych kosztów, a jednocześnie dawały pełną swobodę wydawania pieniędzy.

Propozycja prezydenta Nawrockiego oznacza jednak koszty i warto je zrozumieć, zanim się ją rozważy. To nie jest finansowanie na 0 proc. Pod pewnymi warunkami może być tańsze niż SAFE, pod pewnym droższe. Ostatecznego bilansu mógłby dokonać rząd, prezydent i NBP, ale można mieć wątpliwości, czy są w stanie siąść w takim gronie, by wspólnie coś ustalić.

Są dwie możliwości realizacji idei prezydenta. Pierwsza jest taka, że NBP zrealizuje duży zysk, jaki osiągnął z inwestycji w złoto, i przekaże go rządowi w formie wpłaty do budżetu w złotych. To jest opcja podstawowa. Druga, dyskutowana czasem przez ekonomistów, jest taka, że NBP sprzeda złoto, przekaże rządowi dolary lub euro, a ten zredukuje dług zagraniczny zaciągnięty na zbrojenia. Obie opcje niosą za sobą koszty. Nieprzypadkowo nie rozważono otwarcie takiej opcji przy finansowaniu innych krytycznych inwestycji w Polsce, jak np. elektrownia atomowa, suwerenność cyfrowa, budowa szpitali czy krytycznej infrastruktury transportowej. Gdyby to było zero procent, już dawno by z tego skorzystano.

Druk pieniądza kosztuje

Najpierw rozważmy opcję, że NBP realizuje zysk i wpłaca złote do budżetu państwa. Przypomnijmy, że od trzech lat bank kupuje złoto, co okazało się inwestycją przynoszącą dobry zwrot, bo złoto znacznie zdrożało. Na razie ten zwrot jest rozpoznany w wynikach NBP jako wyższy kapitał, a nie zysk, ponieważ bank nie sprzedał złota. Istnieje przypuszczenie, że bank przez sztuczkę księgową (jednoczesna sprzedaż i natychmiastowe odkupienie złota) lub zmianę ustawy mógłby rozpoznać zysk, a wtedy zgodnie z prawem musiałby wpłacić go do budżetu państwa.

Wpłata zysku osiągniętego na wzroście wartości złota bez sprzedawania go fizycznie oznaczałaby w istocie wytworzenie pieniądza na rynku krajowym. Można to nazwać wydrukowaniem, choć jest to pieniądz elektroniczny. To samo dzieje się przy przewalutowaniu funduszy europejskich. Po takiej operacji sięgającej kilkudziesięciu miliardów złotych rocznie NBP musiałby ściągnąć ten dodatkowy pieniądz z rynku w formie tzw. sterylizacji, czyli sprzedaży bonów pieniężnych. Inaczej straciłby kontrolę nad stopą procentową lub inflacją. Dla sektora publicznego sterylizacja oznacza koszt. Będzie kosztowała i w istocie w długim okresie zniesie zysk powstały na rozpoznaniu zwrotu z zakupu złota. Ten koszt można porównać do kosztu zaciągnięcia przez rząd kredytu w NBP.

Jeżeli natomiast sterylizacji nie będzie, to kosztem będzie inflacja. Dlatego taka propozycja byłaby z ekonomicznego punktu widzenia równoważna kredytowi udzielonemu przez NBP rządowi. To nie jest koszt 0 proc. Dodatkowo niesie to pewne wątpliwości regulacyjne, bo w Polsce i UE finansowanie rządu przez bank centralny jest zabronione. Oczywiście tutaj mielibyśmy do czynienia formalnie z rozpoznaniem zysku, a nie kredytem, ale w sensie ekonomicznym byłoby to równoważne. Bardzo możliwe, że agencje ratingowe uznałyby to za naruszenie stabilności instytucjonalnej przy takiej skali operacji i wykorzystaniu zabiegów księgowych. Finałem byłaby niższa ocena wiarygodności kredytowej. Tak nie musi się wydarzyć, ale to ryzyko należy rozpoznać.

Warto natomiast większą uwagę zwrócić uwagę na fakt, że wykorzystanie rezerw w ten sposób nie rozwiązuje istotnych problemów ekonomicznych związanych z finansowaniem zbrojeń. W ostateczności będzie to po prostu kredyt krajowy. Tymczasem polski rząd ma duże możliwości finansowania się w kraju, nie musi na razie korzystać z pomocy NBP. Ona mogłaby być przydatna w warunkach jakiegoś kryzysu, jak pandemia czy wojna, ale dziś takiego kryzysu nie ma.

Redukcja rezerw może mieć sens

Druga możliwość jest taka, że NBP zredukuje rezerwy walutowe i w ten sposób pozwoli rządowi zredukować dług zagraniczny. Mogłoby się to odbyć tak, że NBP sprzedaje złoto, rozpoznaje zysk, ale wypłaca go w dolarach, a rząd dzięki tym dolarom spłaca kredyt zaciągnięty na zbrojenia. Kredyt zaciągnięty np. w USA. W pewnych warunkach redukcja rezerw może być korzystniejsza niż zaciąganie długu, na przykład wtedy, gdy dług ma wyraźnie wyższe odsetki niż jesteśmy w stanie zarobić na posiadanych rezerwach. To nie jest dziś opcja proponowana przez NBP, ale pojawia się ona czasami w debatach ekonomicznych.

Idea, by wykorzystać rezerwy walutowe do redukcji zadłużenia zagranicznego Polski, pojawiała się od wielu lat. Jeżeli zaciągamy kredyt na 100 mld w dolarach na import, to równie dobrze możemy zredukować nasze aktywa o 100 mld USD. Bilans może być podobny. Decyzja powinna zależeć od porównania kosztów. Zależą one nie tylko od oprocentowania, ale też struktury terminowej aktywów i zobowiązań, bieżących przepływów pieniężnych między Polską a zagranicą. Możliwe, że miałby sens zakup za część naszego złota technologii, których nie mamy, a których pilnie potrzebujemy w celu obrony kraju. Wtedy nie musielibyśmy płacić odsetek od kredytów zagranicznych, aczkolwiek mielibyśmy też mniej złota. Coś zyskujemy, coś tracimy. Ocena nie jest łatwa.

NBP znał te idee od lat i najwyraźniej dotychczas nie uznał ich za korzystne dla realizacji swoich podstawowych celów. A przypomnijmy, że podstawowym celem NBP jest dbanie o stabilność pieniądza, a jeżeli ona jest zapewniona, to jest to wsparcie polityki gospodarczej rządu.

Kiedyś wartość pieniądza była uzależniona od ilości posiadanego kruszcu. Potem od powiązania z dolarem. Dziś w krajach rozwiniętych wartość pieniądza jest uzależniona od stabilnego zarządzania jego ilością przez bank centralny, czyli w istocie szeroko pojętą władzę — bank centralny jest przecież częścią struktur państwa. Zaufanie do wartości pieniądza jest funkcją zaufania do instytucji państwowych, ich stabilności, podziału zadań, odpowiedzialności.

Dotychczas oba ośrodki władzy, NBP i rząd, miały jakieś powody, dla których uznawały, że Polska powinna mieć duże rezerwy i nie należy się ich pozbywać. Zaciągaliśmy dużo droższe kredyty w euro i dolarach, a temat wykorzystania rezerw się nie pojawił. SAFE ma bardzo korzystną strukturę terminową zapadalności, więc tym bardziej sensowne jest pytanie, dlaczego akurat w tym przypadku redukcja rezerw miałaby być uzasadniona, jeżeli nie była w przypadku innych zobowiązań.

NBP nie powinien angażować się w konflikt

I tu jest pies pogrzebany. Jeżeli istnieje konflikt między prezydentem a rządem, to NBP absolutnie nie może stawać się jego stroną. Po prostu nie może. Musimy mieć absolutną pewność, że bank centralny podejmie decyzję respektującą porządek celów. Czy respektuje? Dlaczego NBP nie informował opinii publicznej o analizach takiego ruchu, kiedy zaciągaliśmy droższe niż SAFE kredyty w euro i dolarach w ostatnich latach? Dlaczego uaktywnił się dopiero wtedy, gdy doszło do konfliktu między prezydentem a rządem?

Jesteśmy już krajem, który efektywnie nie ma trybunału konstytucyjnego, a więc nie ma powszechnie akceptowanej konstytucji. Nakładanie na to kolejnych konfliktów konstytucyjnych to jest galimatias, który w złych czasach będzie bardzo kosztowny. Dobrze by było, żeby bank centralny trzymał się od tego z daleka i wspierał decyzje podjęte w normalnym procesie konstytucyjnym.

Decyzja o tym, jak finansować zbrojenia, należy do ustawodawcy, rządu i prezydenta w normalnym procesie konstytucyjnym. Bank centralny może dostarczyć kalkulacji, co się bardziej opłaca. Może być uczestnikiem procesu w ramach wsparcia polityki rządu, ale nie powinien wykorzystywać swoich instrumentów do rozstrzygania dylematów politycznych.