Pomarańcz walczy z nudą

Arcyciekawe wnętrza w najsłynniejszej wieży w Warszawie wyszły spod ręki Polaka. Jeroen van der Toolen, dyrektor zarządzający Ghelamco w Europie Środkowo-Wschodniej, jest w nich zakochany: jest inspirująco, praktycznie i bez cienia zachowawczości.

Gest i gust

Wyświetl galerię [1/6]

Wnętrz zaprojektowanych przez Przemysława Maca Stopę nie można pomylić z żadnymi innymi. Projektant sam tworzy wzory, meble, struktury. W ten sposób powstaje osobny, wyrazisty, biurowy świat. Marek Wiśniewski

– Kolega po wizycie w moim gabinecie powiedział, że ma coś idealnie pasującego do wystroju. I przyniósł mi w prezencie to okazałe płótno — tak Jeroen van der Toolen zaczyna historię obrazu olejnego, na którym mocny pomarańczowy motyw idealnie wpasowuje się w koloryt dywanu. Jakiś czas później dyrektor Ghelamco odwiedził galerię autora obrazu na Wilanowie.

Okazało się, że przyjaciel miał nie tylko gust, ale i gest. Prace 34-letniego Łukasza Stokowskiego kosztują po kilkadziesiąt tysięcy złotych. Przez kilka lat ten malarz zyskał uznanie nie tylko w Polsce, ale m.in. na Bliskim Wschodzie. Jeszcze w 2012 r. na Aukcji Młodej Sztuki w Desie Unicum jego płótna licytowano po 1,5-3 tys. zł. Dziś stawki są 10-krotnie wyższe.

— Widok z dachu to dopiero zapiera dech w piersiach. Można spojrzeć prosto w dół, pod stopy, na malutki świat. To w końcu najwyższy dach w Polsce — mówi Jeroen van der Toolen, dyrektor zarządzający Ghelamco w Europie Środkowo-Wschodniej.

To właśnie ta firma stworzyła koncept i wybudowała Warsaw Spire, wieżę, do której wyposażenia zaprzęgnięto najlepszych projektantów i architektów. Oszałamia już hall główny autorstwa Przemysława Maca Stopy.

— Mac Stopa zaprojektował też nasze biuro na 41. piętrze. Tu nie ma zachowawczości i nudy, Stopa to w końcu jeden z najlepszych designerów na świecie. Dziwię się, że w Polsce jest tak mało znany, przecież projektuje wnętrza, meble, przedmioty i ubrania dla największych marek i koncernów na świecie — podkreśla Jeroen van der Toolen.

Odcisk Stopy

Na 41. piętrze efekt „wow” podsyca recepcja, w której od podłogi po sufit ciągnie się kremowa komórkowa struktura z tworzywa — znak rozpoznawczy Maca Stopy. Za odlanym obłym blatem rozpościera się już bezkresny widok na blaski i cienie miasta. — Pracownicy też mieli tu coś do powiedzenia. To oni decydowali, jaki będzie wystrój każdej sali konferencyjnej — tłumaczy gospodarz.

Jest zatem sala z tapetą z widokiem z tarasu mazurskiej daczy jednego z pracowników, sala narciarska (blat stołu jest mapą Dolomitów, na suficie kuszą przypięte narty) i ta lubiana przez wielu — z minisceną, za którą całą ścianę zaklejono fotosem rozśpiewanego Bono. Na scenie leżą gitary elektryczne i nie jest to bynajmniej dekoracja — kilkoro pracowników potrafi co nieco wycisnąć z ich strun. Kuchnia? Jasna, przestronna, wyłożona sztuczną trawą, z dołkami i kijami golfowymi. — Postawiliśmy w kuchni wysokie krzesła i stoły, wówczas ludzie chętniej się do siebie dosiadają, rozmawiają. Na tym nam zależało — podkreśla Jeroen van der Toolen.

Szkło na maile

Szyba — to słowo klucz w Ghelamco. I nie chodzi tylko o widok za oknami. Pomysł Jeroena van der Toolena i Maca Stopy polegał na połączeniu funkcji otwartej przestrzeni (tzw. open space) i zamkniętych pokoi. Dlatego pojawiły się pokaźne wewnętrzne okna, które przepoławiają ściany działowe między pokojami.

— Nienawidzę, gdy ludzie siedzą obok siebie w pokojach i piszą do siebie maile. Dzięki szybom każdy siebie widzi i to dopinguje do wstania z krzesła i rozmowy zamiast mailowania. Open space ma ten minus, że ludzie przeszkadzają sobie i np. prawnicy czy księgowość czują się tam źle. Nie chciałem potężnego open space’u, w którym kilkadziesiąt osób siedzi ze słuchawkami na uszach, odcinając się od tego, co dookoła — podkreśla gospodarz.

Mijamy jeszcze ujętą w ramy wizję Warsaw Spire i okolicy spod ręki Edwarda Dwurnika — jednego z ulubionych malarzy Jeroena van der Toolena — i już jesteśmy w jego gabinecie.

Efekt Oranje

O, Holender! — chce się powiedzieć na widok elementu wystroju, który od razu uzmysławia narodowość gospodarza. To dywan w charakterystycznym kolorze „oranje”, wizytówce Holendrów. — Mój gabinet usytuowany jest pośrodku kluczowych działów, przez szyby w ścianach za sobą i przed sobą widzę ich po kilka. A i pracownicy nie muszą przebijać się z jednego końca biura na drugi — mówi dyrektor Ghelamco.

Siedzimy przy podłużnym stole z kremowym blatem, mieści się przy nim co najmniej kilka osób. Kiedyś blat był designerski, ze spękanego szkła, ale zaczęło nadmiernie pękać, tymczasowo zastąpił je więc inny. Wygląda na to, że zostanie na zawsze — nie pęka, nie jest tak zimny jak szklany, ludzie czują się przy nim swobodniej.

— O, tu trzymam katalogi z realizacjami Erica Kustera z Metropolitan Luxury, to mój ulubiony projektant wnętrz mieszkalnych — mówi Jeroen van der Toolen i pokazuje swój najnowszy gabinetowy artefakt: słonia z papier-mâché. To prezent od 9-letniego syna. Kto wie, może w przyszłości będzie on równie rozpoznawalny jak Eric Kuster? &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: KAROL JEDLIŃSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

/ Pomarańcz walczy z nudą