Jak zwiększyć efektywność swojej pracy? Zostając w biurze po godzinach i zarywając nocki, byle tylko uporać się z rosnącą stertą raportów, umów, zapytań ofertowych? Byłby to przedni pomysł, gdyby nie nasze zobowiązania rodzinne, towarzyskie i ograniczona witalność, energia, motywacja. Problem w tym, że przeciążenie organizmu, szarych komórek grozi wypaleniem, a zaniedbywanie żony — rozwodem. Dobra wiadomość jest taka, że wzrost produktywności wcale nie musi pociągać za sobą ruiny życia prywatnego i zdrowia. Trzeba się tylko trzymać kilku prostych zasad.

Nawalający szybkościomierz
Większość menedżerów i specjalistów nadużywa swoich mocnych stron. Angażują dużo umiejętności, pieniędzy, technologii tam, gdzie wystarczyłyby skromniejsze środki.
Bob Kaplan i Rob Kaiser, guru rozwoju zawodowego zza oceanu, mówią o takich ludziach, że nawala im szybkościomierz. Zachęcają do ostrożnego wydatkowania zasobów, a jedna z ich najważniejszych rad brzmi: strzeżcie się swoich przewag! Takie nauki bliskie są Krzysztofowi Witczakowi, prezesowi itelligence. Przez lata ćwiczył jiu-jitsu, sztukę walki, której istotą jest minimalizm: korzystanie raczej z inteligencji i sprytu niż z siły. To podejście stosuje w zarządzaniu firmą.
— Nadmierny wysiłek nie zawsze przynosi wymarzony efekt. Niektóre zadania biznesowe są tak trudne i skomplikowane, że nie da się ich wykonać inaczej niż… sposobem. Może to oznaczać odpowiednie zaplanowanie działań, podzielenie ich na etapy czy delegowanie obowiązków — wyjaśnia Krzysztof Witczak. Każde ważne przedsięwzięcie powinno być poprzedzone solidnym namysłem, a najlepiej burzą mózgów. Choć i w tej sprawie trzeba zachować umiar.
Jak podkreśla Grzegorz Wierchowiec, analityk z domu mediowego Lowe Media, kto się ciągle tylko zastanawia, główkuje, rozważa różne warianty i scenariusze, uprawia autosabotaż. Przeciążonym obwodom w naszych głowach musimy pozwolić odpocząć. Inaczej możemy zapomnieć o niekonwencjonalnych pomysłach, a tym bardziej przebłyskach geniuszu.
— Czasem dobrze pójść na basen, siłownię lub na piwo z kolegami albo po prostu dobrze się wyspać. Na najlepsze rozwiązania wpadamy, gdy nasze myśli krążą wokół spraw lekkich, łatwych i przyjemnych, a poza tym dalekich od biznesu i pracy — przekonuje Grzegorz Wierchowiec.
Wtóruje mu prezes Witczak, zdaniem którego bez wpisania regeneracji w swój dzień pracy zrobimy mniej, bardziej się zmęczymy i popełnimy więcej błędów. — Nie ma skuteczniejszej recepty na spadek produktywności niż wyciskanie z siebie — i innych — siódmych potów. Odmawiając ludziom prawa do odpoczynku i równowagi między sferą prywatną a zawodową, zwiększymy wydajność, ale tylko na chwilę — ostrzega szef itelligence.
Cyfrowy detoks
Natomiast dla Michała Gembali, dyrektora marketingu w spółce Arcus, kluczem do sukcesu jest… cyfrowy detoks, przez który rozumie uwolnienie się od nawyku obsesyjnego sprawdzania swojej skrzynki pocztowej. Pokazuje badania McKinsey Global Institute, według których tzw. białe kołnierzyki na czytanie, pisanie i odpowiadanie na e-maile przeznaczają średnio 28 proc. tygodnia pracy. Przy czym tylko część tych wiadomości ma jakiekolwiek znaczenie w kontekście ich wydajności.
— Technologie komunikacyjne powinny nam służyć, lecz jeśli stracimy nad nimi kontrolę, szybko wprowadzą do naszego życia chaos. A wtedy żegnajcie, plany, harmonogramy i założone wyniki — wskazuje Michał Gembal.