Czy prezydencki kandydat przekona większość parlamentarną i zajmie gorący fotel Leszka Millera? Nie będzie to łatwe.
Stało się to, na co liczyła większość przedsiębiorców. Prezydent oficjalnie namaścił prof. Marka Belkę na premiera. Złoty się wzmocnił, a giełda poszła w górę.
— Za najlepszego kandydata na premiera prezydent uznał Marka Belkę — ogłosił Krzysztof Janik, szef Sojuszu Lewicy Demokratycznej (SLD).
Po południu prezydent oficjalnie odkrył karty.
— Marek Belka jest moim kandydatem na premiera, choć konsultacje jeszcze się nie zakończyły. Jego kompetencje są niekwestionowane. Ten rząd powinni bowiem tworzyć ludzie, którzy reprezentują wiedzę, a nie konkretny układ polityczny. Wierzę jednak, że Marek Belka może cieszyć się poparciem wystarczającej części parlamentu. Ewentualne niepowołanie tego gabinetu do 2 maja oznacza, że czekają nas wybory parlamentarne — mówi Aleksander Kwaśniewski.
Rzucenie rękawicy
Taki wybór daje duże szanse na kontynuację reform fiskalnych, ale niczego nie przesądza. Na lewicy bowiem zawrzało. Część aktywu SLD u steru władzy chętniej widziałaby Józefa Oleksego, wicepremiera oraz ministra spraw wewnętrznych i administracji. Kandydaturę Marka Belki, który właśnie kończy misję w Iraku, traktują jako prezydencką prowokację, co oznacza, że desygnowany może mieć on problem z uzyskaniem wystarczającego poparcia w Sejmie. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że Polskie Stronnictwo Ludowe (PSL), które jest uważane za potencjalnego koalicjanta przyszłego rządu, akceptację tej kandydatury uważa za niemożliwą.
— Polska potrzebuje premiera, który będzie dobry nie tylko dla rynków finansowych, ale także dla ludzi. To musi być rząd, który podejmie sprawy społeczne — tłumaczy Janusz Wojciechowski, szef PSL.
Sejmowa woltyżerka
Marek Belka już dwukrotnie piastował funkcję wicepremiera i ministra finansów. Ostatnim razem do dymisji podał się 2 lipca 2002 r., po ośmiu miesiącach sprawowania urzędu. Rezygnację wyjaśnił względami osobistymi i zaprzeczył pogłoskom, jakoby powodem była sprawa deficytu budżetowego. Nieoficjalnie mówiono o narastającym konflikcie z premierem i ministrami „prosocjalnymi”, którzy domagali się większych pieniędzy na cele socjalne i tańsze leki. Według części polityków SLD, otwartość, z jaką Belka tuż przed wyborami wypowiedział się na temat składu rządu i jego przyszłej polityki gospodarczej, była jedną z przyczyn słabszego niż przewidywały sondaże wyniku wyborczego SLD. I tego właśnie lewicowy aktyw Markowi Belce nie zapomniał.
Teraz wszystko zależy od wyników ekwilibrystyki politycznej. Kto z kim i za jaką cenę? Na jakie ustępstwa pójdzie SLD, jego secesjoniści i cały sejmowy plankton, by jak najdłużej zachować posady? Kandydatura Marka Belki wcale więc nie oznacza, że to właśnie on zostanie premierem.