Prof. Dembiński: Nadchodzi rewolucja

opublikowano: 28-12-2017, 10:25

Chciwy bankier jest w każdym z nas, bo wszyscy tworzymy rynek finansowy – twierdzi prof. Paweł Dembiński z Uniwersytetu we Fryburgu. Znany ekonomista polskiego pochodzenia mówi również o tym, jak katastrofalne jest skrócenie perspektywy czasowej w wielu obszarach naszego życia i przestrzega przed skutkami, czyli kolejną rewolucją.

„Puls Biznesu”: Karol Dickens w „Opowieści wigilijnej” opisał przemianę, jaka dokonuje się w chciwym człowieku pieniądza na skutek wizji przeszłych, teraźniejszych i przyszłych Świąt Bożego Narodzenia.  Co musieliby zobaczyć współcześni finansiści, aby taka przemiana i w nich się dokonała?

Paweł Dembiński
Zobacz więcej

Paweł Dembiński FOT. ROBERT GARDZINSKI -FORUM

Prof. Paweł Dembiński: Mnie się wydaje, że ten przysłowiowy bankier, którego pan opisuje, czy którego pan ma przed oczami, siedzi trochę w każdym z nas. Bankier czy bankowcy w obecnej sytuacji są tylko jednymi z kół zębatych dużo większej maszyny. Oczywiście przyczyniają się do działania całości, ale nie są jedynym powodem sprawczym. Uważam więc, że nie warto nimi specjalnie straszyć. Wystarczy spojrzeć na różnego rodzaju pomiary dotyczące nierówności dochodów na świecie, które pokazują przepaść między bazą a szczytem piramidy. To grozi kolapsem socjalnym. Nie chcę w 100. rocznicę rewolucji październikowej powiedzieć, że grozi to rewolucją, ale poza brakiem jakiegokolwiek sensu etycznego to po prostu wybuchnie. Czy jutro czy za 20 lat — nie mam pojęcia.

Powiedział pan, że bankier jest w każdym z nas. W jakich aspektach dostrzega pan tę obecność?

Ta karykatura bankiera tkwi w każdym z nas. Dlaczego? Bo na Zachodzie od jakichś 30 lub 40 lat chciwość przestała być  przywarą, stając się cnotą ekonomiczną, bo dzięki niej budujemy efektywną gospodarkę. To jest to, co stoi w pierwszym rozdziale każdej książki, każdego tekstu ekonomicznego. Drugi element to gromadzenie pewnych zasobów spowodowane strachem przyszłości. Ludzie, którzy są sami, którzy czegoś się boją… Pan tego nie pamięta, ale w czasach komuny w każdej szafie były cukier, mąka, papier toaletowy nie dlatego, że ktoś był specjalnie chciwy, tylko dlatego, że nie wiadomo było, czy jutro ten towar będzie dostępny. Z gromadzeniem pieniędzy też tak trochę jest. Ta chciwość to z jednej strony cecha charakteru ludzkiego, ale z drugiej strony może być spowodowana strachem o przyszłość. 

To wynika również z kryzysu zaufania do państwa, które przez wieki było najsilniejszą instytucją uwierzytelniającą.

Jest kryzys zaufania do wielu rzeczy. Oczywiście do państwa jako opiekuna, do rodziny, do sąsiadów, do pracodawcy, do wielu organów i organizacji życia społecznego, które dwie generacje temu wydawały się stałe, a dzisiaj się rozpadają, zamazują. Czyli poprzez indywidualizm życia społecznego na barki jednostek przeniesiono pewne elementy ryzyka, życiowego risk management. Jedną z odpowiedzi na to wyzwanie jest gromadzenie zasobów.

Jakich konsekwencji możemy się spodziewać?

Sytuacja może stać się niebezpieczna. Kiedy działamy tylko na podstawie strachu albo chciwości, czystego egoizmu, to społeczeństwo z tego nie wyrośnie, ono się rozpadnie. Wtedy może wystąpić rodzaj anomii. Hobbes już o tym mówił („człowiek człowiekowi wilkiem”), w jakich momentach historii to przekładało się na różne sposoby. Mnie się wydaje, że ten rozdźwięk dochodów może doprowadzić do konfrontacji społecznej. Żeby tego nie powiedzieć ostrzej.

Skoro postawił pan diagnozę i ostrzegł przed konsekwencjami, to zastanówmy się, jak możemy tę chorobę powstrzymać?

Prawdopodobnie są sposoby, tylko że szydełko do majstrowania wymaga wielu rąk i wielu instrumentów. Ponadto  w ciągu ostatnich 20 -30 lat, w imię efektywności skrócono horyzont czasowy wszystkich działań. Na poziomie rynku pracy, inwestycji, nie mówiąc już o działalności finansowej. Można rynki spowolnić elementami technologicznymi czy podatkowymi, ale politycznie jest to na razie dosyć szkodliwe. Na poziomie globalnym powstały w ciągu ostatnich dekad organizacje o bezprecedensowych rozmiarach, które traktują ludzi (swoich pracowników, klientów) w sposób przedmiotowy. To na pewno podsyca poczucie niebezpieczeństwa. Ta kwestia kompleksowości niektórych podmiotów przekłada się na kwestię regulacji, zarządzania i relacji długoterminowych. Pojęcie „kolosa” jest w tej chwili, delikatnie mówiąc, elementem nie sprzyjającym zaufaniu.

Wydaje się, że w mniejszej skali receptą mogą być małe instytucje finansowe nastawione bardziej na cele społeczne niż finansowe. Pytanie tylko, czy instytucja taka jak bank może nie patrzeć na zysk?

Pewnie, że można starać się na poziomie lokalnym bilansować depozyty z liniami kredytowymi. W krajach zachodnich, ale myślę że w Polsce też, większość sektora bankowego to są głównie kasy hipoteczne. Na rachunku w wielkiej proporcji są aktywa nieruchomościowe. Finansowanie nieruchomości nie musi przechodzić koniecznie przez globalny rynek. W tym obszarze powstało dużo lokalnych instytucji i na tym opiera się i dzisiaj duża bankowość. Jest to element, do którego można powrócić. Oczywiście dosyć trudno prowadzić lokalnie operacje globalne czy inne „seksowne” instrumenty. Na to trzeba większej puli pieniędzy i zasięgu. Ale czy one są potrzebne dla dobrego funkcjonowania gospodarki? To jest pytanie otwarte.

Wywiad jest częścią kolejnego podcastu Marcina Dobrowolskiego z cyku #PBdoSłuchania 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Dobrowolski

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Prof. Dembiński: Nadchodzi rewolucja