Przedsiębiorczość jest sposobem na bezrobocie

Danuta Hernik
opublikowano: 2001-01-04 00:00

Przedsiębiorczość jest sposobem na bezrobocie

Z Henryką Bochniarz, prezydentem Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych rozmawia Danuta Hernik

Przedsiębiorstwa poprawiają efektywność pozbywając się ludzi. Jednocześnie ograniczają działalność do biznesu podstawowego. To szansa dla małych firm, które mogą współpracować z wielkimi. Aby jednak ją wykorzystały, trzeba zbudować taki system, by nie padały już na starcie.

„Puls Biznesu”: Jak ocenia Pani obecną sytuację na rynku pracy i kwestię bezrobocia?

Henryka Bochniarz: Nie można liczyć na to, że wzrost gospodarczy i poprawa sytuacji w firmach, które pozwalniały pracowników, spowodują, że tych ludzi będzie się znów zatrudniać. To bardzo bolesne, ale na razie przedsiębiorstwa poprawiają efektywność likwidując nadwyżki zatrudnienia.

Z naszych badań wynika, że w ciągu dziewięciu miesięcy 2000 roku wydajność pracy wzrosła o 30 proc. Głównie dlatego, że pozbywano się źródła największych kosztów — ludzi. Niestety, dziś to najprostszy sposób poprawienia efektywności. Dotyczy to również firm państwowych. Były one prywatyzowane przez różnego typu programy z możliwością pozbycia się części zadłużenia. Wiele z nich wciąż jest dotowanych przez państwo — pośrednio czy bezpośrednio. W związku z tym koszt pracy jest dla nich trochę niższy. Firm prywatnych to nie dotyczy.

Z punktu widzenia polityki społecznej dobrze, że część ludzi korzysta z osłon. Z punktu widzenia reform — źle. Swego rodzaju przechowalnią jest wieś. Gdyby ci ludzie znaleźli się w miastach, powiększyliby szeregi bezrobotnych.

Kończą się pakiety socjalne, które zablokowały zwolnienia. To tylko bezpieczniki, które mogą spełniać zadanie w ograniczonym czasie i zakresie.

Powiało grozą...

— Zwolnienia to zjawisko, które niestety jest absolutnie niezbędne, żeby gospodarka była zdrowa i konkurencyjna. Nie można patrzeć na problem wzrostu bezrobocia jednostronnie, pod warunkiem, że równolegle zachodzą procesy, pozwalające ludzi, którzy są zwalniani, i tych, którzy wchodzą na rynek pracy, absorbować.

W jaki sposób wzrost gospodarczy i poprawa kondycji istniejących przedsiębiorstw wpłynie na sytuację na rynku pracy?

— Nowe technologie sprawiają, że ludzie są zastępowani. Wyższe tempo wzrostu gospodarczego i większy popyt na produkty firm nie będą się wprost przekładać na większą liczbę zatrudnionych w tych przedsiębiorstwach. Mogą się przekładać na większe zatrudnienie w innych dziedzinach lub wokół tych firm. Zjawiskiem dominującym w tej chwili na świecie jest ograniczenie działalności przedsiębiorstw do podstawowego biznesu. Wszystko, co nie jest ich podstawową działalnością, zlecają innym podmiotom. Zaczynają więc być organizatorem procesu, w którym uczestniczy bardzo wiele firm — samodzielnych i mających tylko umowę kooperacyjną. Na przykład stocznia, która buduje statki, potrzebuje też pracy stolarzy, malarzy i ludzi wielu innych zawodów. Nie zatrudni ich jednak. Zleci odpowiednie prace właściwym podwykonawcom. To z jednej strony ogranicza koszty, z drugiej — zmusza firmy współpracujące, żeby utrzymywały kontakty, śledziły rynek i były konkurencyjne.

Miejsca pracy mają zapewnić małe i średnie firmy, tak przynajmniej twierdzą przedstawiciele instytucji państwowych, odpowiedzialnych za walkę z bezrobociem.

— Mówi się, że najważniejszy jest rozwój małych i średnich firm. I to jest fakt, bo to właśnie one potrafią się najszybciej adaptować, nie potrzebują wielkich nakładów i tworzą nowe miejsca pracy. Ale nie możemy zapominać, że te małe przedsiębiorstwa mogą funkcjonować w głównej mierze właśnie dzięki temu, że wokół są duże. Jeśli duże przedsiębiorstwa nie będą miały warunków do rozwoju, jeżeli nie będą tu przychodzili zagraniczni inwestorzy, trzeba będzie się liczyć z tym, że te małe i średnie firmy też nie będą się rozwijać, bo nie będą miały rynku zbytu.

W jakim kierunku, wobec tego, zmierza praktyka tworzenia nowych miejsc pracy?

— W gospodarce i w samych firmach będą następowały zmiany. Ludzie powinni przygotować się na to, że jeśli będą chcieli utrzymać zatrudnienie, to muszą uruchomić swoją przedsiębiorczość, zakładać małe firmy, które będą pracować wokół wielkich zakładów lub rozwijać własne pomysły. Nie tylko menedżer czy właściciel musi uważnie rozglądać się, co się dzieje na rynku. To samo musi robić pracobiorca. I nie może mieć pretensji, że ten rynek się zmienia. Dlatego też tak dużą wagę trzeba przywiązywać do uczenia ludzi przedsiębiorczości. Inaczej nie będą w stanie adaptować się do zmiennych warunków, a staną się tylko pasywnymi biorcami pracy... I będą mieli kłopoty!

Ale nie każdy chce i potrafi założyć firmę. Ludzie zwalniani z pracy na ogół nie mają wykształcenia, jak poradzą sobie z własnym przedsięwzięciem?

— To wielkie wyzwanie stojące przed edukacją. Samo wykształcenie, przygotowanie zawodowe było dobre pięć lat temu. Teraz szuka się pracowników otwartych, a to nie jest kwestia tylko wykształcenia. To wyzwanie stoi nie tylko przed uczelniami, ale dotyczy wszystkich szczebli edukacji, nawet szkół podstawowych, które muszą uczyć odpowiedzialności za siebie. Uczeń musi bardzo wcześnie nauczyć się podejmowania decyzji i radzenia sobie ze stresem.

Czyli mamy trzy podstawowe problemy: prawo i przepisy, mentalność oraz edukacja?

— I czwarty — pieniądze. Dynamika nakładów inwestycyjnych jest bardzo niska. Po prostu nie ma pieniędzy w kraju. I jeżeli chcemy mieć miejsca pracy i nowe technologie, musi tu przyjść zagraniczny kapitał.

A co z kredytami?

— Kogo stać na inwestowanie z kredytu przy takich stopach procentowych? Nie ma żadnych możliwości zbudowania naprawdę rozsądnego biznesplanu, wziąwszy pod uwagę obecne koszty kredytu.

Jakie kroki powinno podjąć państwo, instytucje społeczne i organizacje pracownicze?

— Nie wystarczy darcie szat, że jest bezrobocie. Musimy szukać wyjścia. Trzeba zrobić wszystko, żeby gospodarka była elastyczna, sprzyjająca ludziom przedsiębiorczym, którzy sami tworzą swoje miejsce pracy i kreują je dla innych. Kto założy firmę, wiedząc, że od każdego pracownika trzeba odprowadzić 47 proc. na ZUS, bez motywacji w postaci ulgi podatkowej, z obowiązkowym regulaminem pracy, behapowcem na etacie itd.? W przedsiębiorstwach, które mają ogromne struktury 10 osób więcej nie stanowi różnicy, ale dla małej, startującej firmy bez przeszłości są to bariery opłacalności i czynniki zniechęcające do podejmowania jakiejkolwiek działalności.

Nie jest tak, że nie ma już miejsca na nowe firmy. W Polsce są jeszcze dziesiątki rzeczy, których brakuje, szczególnie w sferze usług. Są nisze zupełnie nie zagospodarowane. Ludzie, którzy mogliby podjąć się tego zadania, nie mają kapitału na start, nie wiedzą do kogo pójść ze swoją ofertą itd. Brakuje u nas instytucji autentycznie promujących przedsiębiorczość i pomagających w stworzeniu nowej firmy. Banki zaś nie pomogą komuś, kto nic nie ma, dopiero zaczyna i nikt za nim nie stoi. Jeśli gdzieś oczekuję obecności państwa, to właśnie w tym miejscu. Nie trzeba zaczynać od zera, bo nie jesteśmy jedynym krajem, w którym jest bezrobocie. W Hiszpanii osiągnęło ono 22 proc., w Irlandii 18 proc. A gdzie te kraje są dzisiaj? Zamiast się uczyć na własnych błędach, trzeba czerpać wiedzę z doświadczeń innych.

Jaka jest Pani prognoza rynku pracy na ten rok?

— Jeżeli w polityce państwa nic się nie zmieni i dojdziemy do 22-proc. bezrobocia, co jak sądzę stanie się w tym roku, to jedna piąta ludzi w Polsce będzie bez pracy. To ogromny problem społeczny, dotyczący przede wszystkim ludzi młodych, którzy kończą studia i nie mogą znaleźć pracy. Z drugiej strony, to, co się stało w Polsce, jest ewenementem na skalę światową: 2,5 mln ludzi poszło na swoje po 50 latach gospodarki planowej. To ogromny kapitał, którego nie wolno zmarnować. Musimy zbudować cały system tak, żeby tym ludziom się chciało... Żeby opłacało im się pracować od rana do nocy, zamiast brać zasiłek.