Mafia paliwowa do perfekcji opanowała fałszowanie dokumentów, wyłudzanie kredytów, czyszczenie faktur. Jej członkowie porozumiewali się swoistą grypserą. Nie wahali się zastraszać opornych i gadatliwych.
Turza, senna stacja kolejowa pod Opolem — na linii Poznań-Kraków. Na bocznicy już prawie 3 miesiące stoi kilka cystern z paliwem. W tym czasie ich papiery krążą od spółki do spółki. Aż w końcu tajemnicza substancja „zamienia się” w paliwo. Na papierze.
Nieświadomi tego rodzaju sukcesów produkcyjnych kolejarze zwracają uwagę na opuszczony skład. Sprawdzają w kolejowych dokumentach: w cysternach tkwi towar za ponad 8 mln zł. Ktoś zapomniał? Dają znać na policję, ta — do prokuratora. Po tygodniu cystern już nie ma. Po pewnym czasie prokurator zawiesza sprawę.
Takie wpadki rzadko zdarzały się mafii, do której należały cysterny, gdyż:
— Paliwowa mafia była świetnie zorganizowana i dobrze poinformowana — twierdzi Danuta Gaszewska, właścicielka spółki Dansztof, przejętej w pewnym momencie przez mafię paliwową.
Przewał w odmianach
Zastraszana, długo była niemym świadkiem poczynań mafii w jej spółce.
— Przyjeżdżała cysterna z paliwem — bez rachunków, za gotówkę. „Oni” to nazywali dostawą „na koło”. Paliwo sprzedawali m.in. na stacji w Sieniawce, w jeden dzień... Kierowcy się skarżyli, że to, co lali do baku, było niskiej jakości. Wiele takich dostaw przychodziło z BGM — mówi Gaszewska. I dodaje:
— Czasem zamiast paliwa goniec przywoził fakturę, np. z Erbe, BGM czy Trans Sadu. Moja spółka musiała za nią zapłacić. I tak do BGM i Trans Sadu trafiały przeprane już pieniądze. Bywało, że Dansztof brał z BGM komponent, spółka Erzet go przejmowała, a w to miejsce wystawiała fakturę na paliwo. Po takich „transakcjach” Dansztof był zadłużony na kilka milionów złotych. Wtedy mafia uciekała się do prostej operacji: część zadłużenia wprowadzano do kapitału założycielskiego spółki (fikcyjnie rzecz jasna, bo kasa była pusta) — mówi Gaszewska.
W Dansztofie numer ten przeszedł dwukrotnie. Sądy nie reagowały.
Stosowano także inny, sprytny sposób legalizowania pieniędzy.
— Spółki należące do mafii paliwowej w celu wyprania pieniędzy często zawierały między sobą umowy tzw. faktoringu niepełnego. Umowa taka przenosi odpowiedzialność na faktoranta w razie braku realizacji nabytych faktur jego dłużnika. Mafia wykorzystywała to do tworzenia fikcyjnego zadłużenia i prania pieniędzy. W Dansztofie zawarto ponad 30 takich umów. Jedną z nich sporządzono między Dansztofem i Polonią Promotion, działającą na zlecenie BGM (nr 001/01/2001). Do Dansztofu wjeżdżały fikcyjne cysterny z paliwem BGM, który wystawiał na nie faktury. W magazynach Dansztofu powstawały fałszywe „stany magazynowe”, a w księgowości — fikcyjne zadłużenie. Potem, posługując się umową tzw. faktoringu niepełnego, Polonia Promotion stawała się wierzycielem Dansztofu i przejmowała nieistniejący dług Dansztofu wobec BGM. I tak spółka ta wyprała ponad 5 mln zł, które przelała do BGM. Pieniądze pochodziły z nielegalnej sprzedaży paliw częściowo „komponowanych” w magazynie w Zarembie, a realizowanej w grupie firm podporządkowanych BGM — tj. przez spółki: Unipol, Unires, Digger, Webbo, Eko-Gaz i Dansztof — twierdzi Gaszewska.
Takich spółek było znacznie więcej. Najczęściej działały tylko na papierze, przez podstawione osoby, najczęściej z marginesu społecznego. W jednym celu: wystawiania i przyjmowania faktur. W mafijnym słowniku „przedsiębiorstwa” takie zwano „rafineriami” (np. Jolimp, Wrocpol, Perfekt, A&A czy Urban).
Skąd spółki, nierzadko z pustą kasą — jak Dansztof — miały pieniądze, chociażby na czyszczenie faktur dla innych „rafinerii”? Z banków, rzecz jasna. Wyłudzanie kredytów mafia doprowadziła do perfekcji. Sposób był prosty i nazywał się „na rolkę” lub po prostu „rolka”.
— Banki chętnie udzielały kredytów spółkom paliwowym o sporym kapitale założycielskim. I to wykorzystywali moi wspólnicy, fikcyjnie podnosząc kapitał Dansztofu. Dansztof był bogatą spółką — ale w dokumentach, a przecież w banku liczy się właśnie papier... Banki dawały kredyty Dansztofowi, bo uważały, że ma pieniądze, choć spółka faktycznie była bankrutem — twierdzi Gaszewska.
Tak to Dansztof wyłudził z Kredyt Banku w Rybniku co najmniej 17 mln zł.
„Sprzątacze”
W sytuacjach podbramkowych nikt nie palił dokumentów. Mafia zacierała ślady metodycznie i z rozmysłem. Na wieść o planowanym najeździe policji na Dansztof, do siedziby spółki w Bogatyni przyjechali „sprzątacze”. Działali w białych rękawiczkach.
— To się nazywało „uzgadnianiem kont”. Do Dansztofu przyjechali m.in. sam „paliwowy baron”, Jan B. z księgową BGM oraz grupa facetów, którzy kilka dni przerabiali i kasowali pliki na firmowym serwerze, dotyczące wszystkich transakcji Dansztofu w okresie 1998-2000. „Poprawiali” też dokumenty, które mogłyby wskazać na powiązania i przelewy dużych sum między firmami: BGM, Unipol, Erzet, Wrocpol, Zopp, Unires, Perfekt, Rol-Pol, Eko-Gaz, Urban, Webbo, Omega etc. Podobne zmiany przeprowadzono w dokumentach — m.in. BGM, Unires, Unipol, Zopp, Eko-Gaz. Jedne pliki znikały, inne zmieniano, a w miejsce niektórych pojawiały się spreparowane. Zamieniano liczby, daty, nazwiska — mówi Gaszewska, dodając, że do wielu fałszerstw dochodziło nocą.
— W serwerze znalazłem program umożliwiający dostęp do dysku komputera z zewnątrz przez internet — mówi Piotr Łukaszewski, wtedy opiekujący się komputerami Dansztoftu.
O opisanych zdarzeniach Gaszewska informowała prokuratorów z Prokuratury Okręgowej w Jeleniej Górze, a później prokuratorę z Zielonej Góry. Bez odzewu.
Kij z marchewką
Skąd Gaszewska wie to wszystko, skoro — jak twierdzi — nie należała do mafii?
— Byłam właścicielem spółki, więc chcąc nie chcąc musieli mnie tolerować — dopóki mi jej nie odebrali. Szantażowali mnie, że jeśli powiem o przekrętach, spotka mnie coś przykrego — usprawiedliwia się Gaszewska.
Mafia nie ograniczała się do pogróżek — wspomina Gaszewska.
W czerwcu 2000 r. we Wrocławiu nieznani sprawcy umieścili pod samochodem jej syna atrapę ładunku wybuchowego. Potem ktoś próbował podpalić jej dom w Bogatyni. Spaliła się stodoła.
— 13 sierpnia 2003 r. odebrałam telefon. Męski głos powiedział coś takiego: „Masz zrobić wszystko, co ci F. każe. Już za to, co trafiło do Zgorzelca (do tamtejszej prokuratury — red.), za wypracowanie dla K. (prokuratora — red.), należy ci się do piachu” — wspomina Gaszewska.
Płacze. Próby zastraszania podejmowali nie tylko bandyci.
— Pewien prokurator (nazwisko znane redakcji) zaczął mi grozić, że „zostanę urządzona na maksa” i zrobi mi sprawę karną, jeśli nie wycofam doniesienia i nie anuluję zeznań. Andrzej Czyżewski cudem uniknął staranowania przez ciężarówkę, a na przejściu granicznym w Zgorzelcu w jego obronie stanęli niemieccy celnicy. Ale co najmniej trzy osoby z mego otoczenia (miały być świadkami w prokuraturze) zginęły w dziwnych okolicznościach — opowiada.
Paliwowa mafia stosowała metodę z tradycjami. Wpierw był kij. Potem (czasem) marchewka. A zawsze — milcząca albo wypowiedziana wprost — groźba.
O innych wątkach w sprawie mafii paliwowej — napiszemy już niebawem.