Właśnie mija czwarty rok działalności Eins Polska, wyłącznego przedstawiciela ubezpieczyciela Euroins, należącego do bułgarskiej grupy Eurohold. Firma, która od początku sprzedaje polisy OC i ubezpieczenia okołokomunikacyjne, powoli buduje portfel klientów i składkę, bo rentowność biznesu przedkłada nad rywalizację o udziały rynkowe. Marek Czerski, prezes Eins Polska, który z rynkiem ubezpieczeń związany jest od 30 lat, przestrzega przed wykorzystywaniem rezerw na walkę o klientów i wskazuje trzy najważniejsze czynniki, które już powinny skłonić cały rynek do podniesienia stawek OC. I to jak najszybciej.
Niespieszne tempo
Polska jest trzecim co do wielkości — po Rumunii i Bułgarii — rynkiem dla Euroinsu. Aspiruje do około 50 mln EUR obrotów rocznie.
— W 2022 r. z dużą dozą prawdopodobieństwa przekroczymy 200 mln zł, a może 220 mln składki brutto — zależy to od zachowania rynku. Nam się jednak nie spieszy, nie jesteśmy zdeterminowani wzrostem udziału za wszelką cenę. Kluczowa jest rentowność. Jesteśmy nastawieni na utrzymanie rentowności, na uzyskanie dodatniego wyniku z działalności. Zawsze byliśmy wierni tej zasadzie, co sprawia, że spółka od początku jest zyskowna — mówi Marek Czerski.
Eins zaprosił do współpracy pokaźną armię agentów — ponad 15 tys. osób, 150 agencji. Spółka zatrudnia ponad 30 pracowników, a wspierają ich roboty, które wykonują pracę za około 60 osób. Eins ma też około 100 zewnętrznych kooperantów. Ten rok firma chce zakończyć 350 tys. klientów w Polsce, czyli o około 40 tys. więcej niż w ubiegłym.

Eins realizuje dość restrykcyjny jak na polskie realia pomysł na biznes w ubezpieczeniach OC, bo sprzedaje polisy po cenie, która gwarantuje mu dodatni wynik.
— Jeśli rynek przesadza z cenami, przestajemy sprzedawać. W ostatnim kwartale ubiegłego roku zrealizowaliśmy o 30 proc. mniej transakcji tylko dlatego, że nie poszliśmy drogą innych towarzystw, które obniżyły ceny w sposób nieadekwatny do ryzyka i dynamicznie zmieniającego się otoczenia ekonomicznego — mówi prezes.
Tyle wynosiła średnia stawna polisy OC w sierpniu 2022 r., o 9,7 proc. mniej niż rok wcześniej.
Nie tędy droga
Prezes Eins przyznaje, że od dłuższego czasu z niepokojem przygląda się cenom polis w ubezpieczeniach komunikacyjnych. Podkreśla, że zbierana przez ubezpieczycieli składka jest z założenia elementem budowania rezerw, które muszą być odkładane na czas niekorzystnej koniunktury czy zdarzeń nadzwyczajnych. Nie powinny więc być wykorzystywane do walki ceną o klientów.
— Kryzysy zazwyczaj są długotrwałe, wieloletnie i nie kończą się po kwartale czy dwóch. Zebrana składka musi więc wystarczyć na lata, a rezerwy mają służyć budowaniu siły spółki i stanowić zabezpieczenie na wypadek pojawienia się faktycznie negatywnej sytuacji na rynku — mówi Marek Czerski.
Wydarzeniem nadzwyczajnym, na które powinny zostać przeznaczone rezerwy, jest według niego wystawienie prawie 100 tys. darmowych polis OC dla kierowców z Ukrainy przez polskich ubezpieczycieli. Fakt, że były one za darmo, nie oznacza, że w razie potrzeby ubezpieczyciele nie będą musieli wypłacić odszkodowania.
— To będą odszkodowania na takich samych zasadach jak pochodzące z opłaconych polis. Te odszkodowania mogą być nawet wyższe — podkreśla prezes Einsu.
Na razie rzeczywistym regulatorem rynku są największe towarzystwa, i to od nich zależy, czy będą sprzedawały z zyskiem, który będzie odkładany w postaci rezerw na trudne czasy, czy będą robić biznes, który finalnie przynosi im straty.
— Jeśli w ostatnich latach towarzystwa znacznie obniżyły składki, a jednocześnie zwiększyły obrót, to oznacza, że musiały zdobyć więcej klientów. Tym samym zebrały więcej ryzyka, co sprawi, że wynik techniczny będzie radykalnie gorszy. Uważam, że nasz rynek ubezpieczeniowy już w ubiegłym roku poniósł stratę na ubezpieczeniach komunikacyjnych, a w tym roku jego sytuacja się nie polepszy — podkreśla prezes.
Może powiać chłodem
Tymczasem styczeń przyszłego roku może przynieść ubezpieczycielom poważny ból głowy. Wtedy będą podpisywać umowy odnowienia z reasekuratorami. Będzie drogo, bo wojna na Ukrainie już przynosi wymierne straty europejskim ubezpieczycielom — kilka dni temu brytyjski ubezpieczyciel Lloyd’s of London podał, że utworzył 1,1 mld GBP na wypłatę roszczeń związanych z wojną w Ukrainie. Jeśli dodać do tego rosnącą inflację i ruchy na kursach walut, robi się naprawdę niewesoło.
— Od przyszłego roku ceny pojemności [wartość ryzyka przyjmowanego przez reasekuratora od ubezpieczyciela — red.] wzrosną o co najmniej 30 proc., a nawet o 60 proc. w zależności od produktu, ekspozycji czy geopolityki. Pojemność reasekuracyjna przekłada się wprost proporcjonalnie na pojemność ubezpieczeń oraz ich ceny. Dotyczy to nie tylko ubezpieczeń komunikacyjnych, ale także ubezpieczeń przemysłowych czy katastroficznych — mówi Marek Czerski, który parę dni temu wrócił z konferencji światowych ubezpieczycieli i reasekuratorów w Monte Carlo.
Podkreśla, że we wszystkich nowo zawieranych umowach reasekuracyjnych będzie indeksacja związana z inflacją oraz związana z kursem walut.
— 25 lat temu każda umowa reasekuracyjna zawierała takie klauzule. Później, ze względu na ustabilizowanie się sytuacji w Polsce, temat kursów walut nie był podnoszony, teraz jednak wraca. Elementem, który wpłynie na wyższą cenę reasekuracji, jest również brak stabilności geopolitycznej — twierdzi prezes.
Jego zdaniem trzeci czynnik, który przyczyni się do wzrostu cen, to inflacja. Przy szacowaniu cen underwriterzy, czyli osoby, które decydują o wysokości składki na ubezpieczenie, powinni brać pod uwagę inflację PPI (obrazującą zmianę cen ustalanych przez producentów), która jest znacznie wyższa niż inflacja CPI, a nie inflację konsumencką (dotyczącą cen, po jakich kupują konsumenci).
— Te składki powinny być znacznie wyższe, żeby za kwartał, dwa, trzy lub za 10 lat ubezpieczyciele byli w stanie wypłacić adekwatne odszkodowanie — mówi prezes.
I choć koszt przekładany na pojedynczego klienta nie będzie duży, to wielość tych czynników sprawia, że ubezpieczyciele będą musieli podnieść ceny ubezpieczeń.
