Komentarz w poprzednim „PB”, zatytułowany „Coraz więcej rządów w rządzie”, odnosił się do niespójnych działań koalicjantów na arenie międzynarodowej. Wczoraj od rana odezwały się nożyce i nastąpiła eskalacja wojny na konferencje i kontrkonferencje prasowe. Zasadne jest pytanie, co premier Jarosław Kaczyński oraz wicepremierzy Andrzej Lepper i Roman Giertych w ogóle by w poniedziałek robili, gdyby nie zajmowali się dawaniem sobie nawzajem medialnego odporu. Rządcy IV Rzeczypospolitej zaczynają PR-owsko zjadać własne ogony.
Rozmawianie za pośrednictwem mediów jest przygotowaniem artyleryjskim przed bezpośrednią konfrontacją. Tak się pechowo składa, że dzisiaj odbywa się standardowe posiedzenie Rady Ministrów i skonfliktowani partyjni wodzowie muszą spotkać się osobiście. Rozumiemy ich psychiczny dyskomfort, ale taka jest konstytucyjna konieczność. Wzajemne stawianie sobie zarzutów z telewizyjnych ekranów ma jedną niewątpliwą zaletę — świadczy o czystości intencji, ponieważ nie ma już potrzeby knucia za plecami.
Zdecydowana większość koalicji rządowych III RP rozpadła się przed końcem kadencji, dotrwała właściwie tylko jedna, ale również targana wewnętrznymi sprzecznościami — SLD-PSL w kadencji 1993-97. Inne rządy albo upadały, albo trwały w formule mniejszościowej, jak gabinety Jerzego Buzka czy Marka Belki. Nową jakością IV RP jest przybranie przez konstytucyjny organ państwa formuły pokoju przechodniego, z którego można wyjść, a potem wrócić — jak przytrafiło się to wicepremierom/ministrom Zycie Gilowskiej czy Andrzejowi Lepperowi — albo wyjść częściowo, jak uczynił wicepremier/minister Ludwik Dorn.
Odpowiedź na nabrzmiewające pytanie, czy koalicja PiS z Samoobroną i LPR się rozleci, na razie wydaje się negatywna. Premier niby udziela krnąbrnym przystawkom reprymend i wyznacza im nieprzekraczalne granice, ale wspólny interes trzymania za wszelką cenę władzy czyni je bardzo rozciągliwymi. Problem w tym, jak elastyczna okaże się odporność społeczna.
Jacek Zalewski