Monachijska Konferencja Bezpieczeństwa (MSC) jest o kilka lat starsza od Światowego Forum Ekonomicznego (WEF) – edycja w dniach 13-15 lutego była już 62., gdy niedawne Davos nosiło numer 56. Dla MSC odpowiednikiem Klausa Schwaba z WEF, czyli ojcem założycielem, był Ewald-Heinrich von Kleist-Schmenzin (zmarł w 2013 r. w wieku 91 lat), który jako młody porucznik Wehrmachtu uczestniczył w 1944 r. w spisku przeciw Adolfowi Hitlerowi, ale uniknął strasznego losu innych zamachowców.
Przez ponad pół wieku obie globalne inicjatywy konkurując rosły w siłę na ścieżkach równoległych. Traktowanie tych dwóch prestiżowych spotkań przez władze ponownie niepodległej od 1989 r. Polski przypominało sinusoidę, ale od kilku lat ustabilizowało się wysoko. 56. Davos nawiedził Karol Nawrocki, zaś 62. Monachium – Donald Tusk, w obu naturalnie uczestniczył minister Radosław Sikorski. Były także grupki decydentów na niższych szczeblach.
Zamieniony w twierdzę monachijski hotel Bayerischer Hof przez trzy dni jak zawsze gościł wielu prezydentów, premierów, ministrów obrony i spraw zagranicznych, urzędników wysokiego szczebla, a także ekspertów międzynarodowych, sektor prywatny, naukę i media. Problemem jest to, że konkluzje ze spotkań i debat nie owocują żadnymi formalnymi decyzjami.
MSC widziała i słyszała już niejedno
W kronikach MSC wyjątkowo zapisały się dwa wystąpienia. W 2007 r. Władimir Putin zaskoczył wszystkich atakiem na USA i NATO. Zarzucił Zachodowi, że wykorzystując upadek ZSRR dąży do świata jednobiegunowego pod hegemonią Stanów Zjednoczonych. 19 lat temu werbalny atak kremlowskiego cara uznano za histerię, jako że „cywilizowana” wtedy Rosja uczestniczyła przecież w szczytach G8 i współpracowała z NATO, było to przed jej uderzeniem na Gruzję w 2008 r.
Drugą pamiętną edycją MSC stała się ubiegłoroczna, a to za sprawą niesłychanego wystąpienia Jamesa Davida Vance’a. Niecały miesiąc po zaprzysiężeniu Donalda Trumpa jego przyboczny wykonał rozkaz ideologicznego uderzenia w Europę. Wiceprezydent oskarżył nasz kontynent o cenzurowanie wolności słowa oraz brak kontroli nad migracją. Było to szokujące tym bardziej, że przecież MSC od 1963 r. z definicji konsolidowała szeroko pojmowany Zachód, najpierw w zimnowojennej konfrontacji ze Związkiem Radzieckim, zaś po jego rozsypaniu się w 1991 r. – w szorstkiej koegzystencji z Rosją. Jednak rok temu właśnie z Monachium wysłany został pierwszy silny sygnał przekształcania się Atlantyku w głęboki polityczny rów. W kolejnych miesiącach Donald Trump rozwinął szeroki front szkodnictwa celnego oraz dokonał słownej – na szczęście na razie nie militarnej – agresji na NATO-wską Grenlandię, czyli Danię.
Corocznie tuż przed rozpoczęciem się MSC organizatorzy publikują fachowy raport bezpieczeństwa. Jego tytuł to zarazem lejtmotyw danej edycji, rozwijany w jej głównych panelach oraz wystąpieniach. Tegoroczny raport ponuro straszy tytułem „Under Destruction”. Niemieccy głównie autorzy uzasadnili destrukcyjną tezę przekonaniem, że świat wszedł w epokę budowlanej kuli wyburzeniowej. Zamiast wprowadzania ewolucyjnych reform uderza ona silnie i rozbija mury instytucji prawa międzynarodowego oraz krajowe systemy polityczne. Sprawców jest kilku, ale po stronie Zachodu to oczywiście obecna administracja Stanów Zjednoczonych Ameryki, zaś personalnie 47. prezydent Donald Trump. Współcześni dyktatorzy, kierowani resentymentami i żalem wobec liberalnego kierunku, w jakim podążyły ich społeczeństwa, niszczą struktury, które – jak sami wierzą, a przynajmniej tak oficjalnie to deklarują – uniemożliwiają powstanie silniejszych, lepiej prosperujących państw.
Powszechnie zrozumiałym przebojem 62. MSC okazał się motyw graficzny okładki raportu – to słoń, czyli od ponad 150 lat w USA symbol Partii Republikańskiej. W utworzonym 80 lat temu wraz z powstaniem ONZ składzie kruchej porcelany ładu międzynarodowego słonisko nie porusza się niezręcznie, swoimi potężnymi nogami po prostu z rozmysłem ją tratuje. Symbolika znakomita, chociaż jeszcze bardziej dawałaby po oczach czerwona czapeczka z napisem MAGA.
Policjant zły/dobry – przesłuchanie to samo
Po ubiegłorocznym szoku 62. MSC odetchnęła, że bardzo licznej delegacji amerykańskiej tym razem nie przewodził James David Vance. Donald Trump tak planował, ale w ostatniej chwili delegował jednak Marca Rubio, sekretarza stanu. Zostało to przyjęte przez niemieckich gospodarzy z widoczną ulgą, amerykański szef MSZ doczekał się po wystąpieniu głośnych braw. Tak naprawdę była to jednak klasyczna zamiana złego policjanta na dobrego, kontynuującego to samo przesłuchanie, tyle że mniej agresywnie. Marco Rubio jako szef dyplomacji postrzegany jest po naszej stronie Atlantyku jako człowiek, z którym daje się przynajmniej rozmawiać, albowiem werbalnie dystansuje się od najbardziej populistycznego betonu MAGA. Jednak po przepuszczeniu werbalnego patosu Marca Rubio przez wyżymaczkę nie ma wielkich różnic w odniesieniu do fundamentów relacji między państwami, ochrony klimatu, roli organizacji międzynarodowych, wolnego handlu, regulowania migracji. Dopóki rządzi 47. prezydent, jego sekretarz stanu nie może przecież prowadzić żadnej polityki samodzielnej. Monachijskie przesłanie, bardzo ważne m.in. dla perspektyw NATO, było dla partnerów europejskich dosyć czytelną alternatywą – albo przyłączycie się do kampanii Donalda Trumpa, mającej na celu przekształcenie świata z korzyścią dla Waszyngtonu, albo zejdźcie nam z drogi.
Wizerunkowa odwilż w stanowisku USA prezentowanym w Monachium miała krótkoterminowy cel taktyczny. Na najbliższy czwartek, 19 lutego, Donald Trump wyznaczył w Waszyngtonie pierwsze – nie licząc zbiorowego podpisywania statutu w Davos – posiedzenie tzw. Board of Peace (BoP), czyli swojego prywatnego neotworu z cechami organizacji międzynarodowej. Notabene u nas od początku przyjęło się tłumaczenie nazwy Rada Pokoju, a przecież chodzi o Zarząd Pokoju, czyli podporządkowujący świat kaprysom Donalda Trumpa byt quasibiznesowy z wpisowym dla stałych członków po 1 mld USD.
Poza USA do BoP nie przystępuje nikt ze stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ, ani też z G7, ani z rywalizującej z USA grupy potentatów BRICS (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny, RPA). Również prawie nikt z Unii Europejskiej (tylko rządy Węgier oraz Bułgarii, ten drugi z powodów personalno-dyplomatycznych), a z pozaunijnej części NATO tylko Turcja i Albania. Trzydniowe debaty podczas 62. MSC europejskich partnerów w solidarnej niezgodzie tylko utwierdziły.
Pomijam tu wciąż nierozstrzygniętą hipotetyczną obecność Karola Nawrockiego, oczywiście nie za stołem BoP – bo taka byłaby niekonstytucyjna – lecz wśród publiczności.

