Po 182 dniach perspektywa jej zakończenia jest równie odległa i nierealna, jak przed 24 lutego 2022 r. wydawał się… wybuch. Nie istnieje zobiektywizowane kryterium, na czym miałoby polegać mityczne zakończenie. Linia władz Ukrainy oraz szeroko rozumianego Zachodu jest niezmienna – Władimir Putin ma wydać armii rozkaz wycofania się nie tylko na pozycje sprzed 24 lutego, lecz również sprzed pierwszej agresji w 2014 r. Ten drugi warunek oznaczałby zwrot nie tylko obwodów w Donbasie, lecz także Krymu. Tymczasem dla przytłaczającej większości Rosjan, nie tylko dla cara z Kremla – tę jednolitość trzeba silnie podkreślać – oddanie półwyspu jest po prostu niewyobrażalne. Dlatego z punktu widzenia napastnika kategoria „zakończenia wojny” na razie nie istnieje. Poza tym dla Rosji nie ma przecież żadnej wojny, samo wypowiedzenie tego słowa jest karalne, na Ukrainie trwa jedynie „wolnościowa pansłowiańska antynazistowska operacja specjalna”.
Militarny zastój jako żywo przypomina sprzed ponad stu lat sytuację z frontów pierwszej wojny światowej. Erich Maria Remarque mógłby obecnie napisać drugi tom swojej kultowej powieści (powstała w 1927 r.) z modyfikacją w tytule stron świata – „Na Wschodzie bez zmian”. Paradoksalnie walki pozycyjne bez wyraźnych postępów frontowych powodują zwielokrotnione straty. Teoretycznie jednak każda wojna kiedyś tam się kończy, chociaż istnieją oczywiście konflikty jedynie przygaszone. W Europie dość pamiętnym przykładem konfliktu równie krwawego, co bezsensownego były od 1991 r. wojny po rozpadzie federacyjnej Jugosławii. Przyczyn cząstkowych było wiele, ale generalną było niepogodzenie się Serbii z utratą hegemonii i terytoriów. Po kilkunastu latach agresor poniósł totalną klęskę w postaci wybicia się muzułmańskiego Kosowa na niepodległość, co dla narodu serbskiego równało się wyrwaniu serca. Obecna sytuacja Rosji jest jednak zdecydowanie inna ze względu na siłę militarną. Jej armia jest przecież nadal znacznie potężniejsza od ukraińskiej, mimo trendu do wyrównywania potencjałów, zwłaszcza po uruchomieniu przez Zachód wsparcia w nowoczesnym uzbrojeniu.
Trudno powiedzieć, czy car Kremla przyjął do wiadomości niemożność pokonania Ukrainy. Na pewno jednak Władimir Putin absolutnie się z tym nie pogodził, podobnie jak z rozpadem Związku Radzieckiego w 1991 r. Wiele jego posunięć w XXI wieku prowadziło do odkręcenia tamtego procesu. Na razie Rosja realnie, sumując rok 2014 oraz 2022, zagarnęła około 13 proc. terytorium Ukrainy w jej granicach z 1991 r. Ocena tej wielkości oczywiście jest biegunowo różna – dla Moskwy tylko, dla Kijowa aż.
Sytuacja stała się patowa, ponieważ żadna ze stron nie jest gotowa, aby uznać bieżący stan za zadowalający i zakończyć konflikt. Zarazem jednak nie jest wystarczająco silna, by pokonać przeciwnika. Zachód podkreśla, że dowodzi to słabości Rosji. W zestawieniu z pierwotnym celem wojny błyskawicznej Moskwa poniosła porażkę, ale oczywiście tylko względną. Obiektywnie przegraną w kategoriach politycznych jest także utrata budowanego od zakończenia drugiej wojny światowej wizerunku niezwyciężonej armii rosyjskiej, którego nie zniszczyła nawet gwałtowna ewakuacja w 1989 r. z Afganistanu.

