Solidny popyt wewnętrzny w Polsce sprawia, że rośnie import. Ale jednocześnie słaba koniunktura na rynkach zagranicznych dołuje polski eksport. Te dwa trendy łącznie sprawiają, że pogarsza się saldo handlowe oraz cały deficyt w obrotach bieżących (który oprócz handlu uwzględnia również dochody inwestorów i transfery pieniężne). Jest to o tyle istotne, że dla rynku wschodzącego, takiego jak Polska, rachunek bieżący jest prawdopodobnie najważniejszym wskaźnikiem stabilności finansowej – im deficyt jest głębszy, tym bardziej kraj musi korzystać z finansowania zagranicznego i tym samym oferować inwestorom lepsze warunki, na przykład w postaci wysokich stóp procentowych. Innymi słowy, deficyt obrotów bieżących wskazuje, na ile gospodarce starcza dochodów do finansowania wydatków krajowych, a na ile musi się zapożyczać za granicą.
Z najnowszych danych o bilansie płatniczym wynika, że w listopadzie deficyt na rachunku obrotów bieżących Polski wyniósł 521 mln EUR. Uśredniając dane za trzy miesiące i korygując o sezonowość otrzymujemy deficyt na poziomie 600 mln EUR. Daje to ok. 0,8 proc. PKB przeliczając na wartości roczne. To na szczęście wciąż niedużo. Dla porównania, w 2018 r. deficyt sięgał 2 proc. PKB, a Polska była traktowana jako bezpieczny kraj – kurs złotego był stabilny, stopy procentowe niskie.
Ale trzeba pamiętać, że to, czy deficyt jest uznawany za bezpieczny, czy nie, zależy w dużej mierze od kontekstu międzynarodowego. W 2022 r. deficyt rachunku obrotów bieżących też wyniósł 2 proc. PKB, a został potraktowany przez inwestorów jako element ryzyka. Wynikało to m.in. z wysokiej awersji do całego regionu w związku z kryzysem energetycznym. Koszty importu surowców mocno rosły, waluta bardzo się przeceniała, a rząd musiał wykorzystywać Bank Gospodarstwa Krajowego do stabilizowania rynku. Był to jedyny moment od czasów kryzysu finansowego w Europie, kiedy wokół Polski autentycznie zaczęła rosnąć nerwowość inwestorów. Później się jednak okazało, że gdy deficyt rachunku obrotów bieżących zniknął, inwestorzy natychmiast wrócili, mimo że ryzyka geopolitycznie nie zniknęły.
Teraz otoczenie międzynarodowe też nie jest sprzyjające. W Stanach Zjednoczonych i strefie euro mocno rosną rentowności obligacji skarbowych, co sprawia, że trudniej jest przyciągać kapitał portfelowy. Można nieźle zarobić na kupowaniu bezpiecznych obligacji amerykańskich, więc polskie można kupić tylko, jeżeli zaoferują nadzwyczajnie dobre warunki – czyli wysoki procent. Polska jednocześnie przechodzi okres bardzo wysokiego wzrostu zadłużenia publicznego. Jeżeli zaś ruszą w Polsce duże inwestycje transformacyjne, m.in. w energetyce i logistyce, to potrzeby finansowania gospodarki jeszcze się zwiększą.
Połączenie dużych potrzeb finansowania w kraju z niesprzyjającym otoczeniem międzynarodowym sprawia, że za utrzymanie zainteresowania inwestorów będziemy musieli płacić wysokie odsetki. A to z kolei będzie blokować inwestycje prywatne.
Na razie te wszystkie ryzyka nie przyjmują rozmiarów, które mogłyby być uznawane za autentyczne zagrożenie dla stabilności waluty i perspektyw rozwoju kraju. Ale miks wysokich stóp w dolarach i euro ze słabym wzrostem polskiego eksportu i wysokimi potrzebami finansowania w kraju nie jest korzystny dla naszej gospodarki.
