Rumunia w recesji, ale nie pełną gębą. Wywinie się z długiego kryzysu

Ignacy MorawskiIgnacy Morawski
opublikowano: 2026-02-13 18:11

Przez lata Rumunia była traktowana jak Polska-bis - gwiazda regionu, podążająca za nami z opóźnieniem 5-10 lat. Teraz jednak płaci rachunek za nadmierne powiększanie długu publicznego. Ale może uniknąć trwałej stagnacji.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Kłopoty, których nie widać z Polski

- Zdziwił mnie pan tą informacją o Rumunii, bo nam sprzedaż ma ten rynek idzie bardzo dobrze – powiedziała mi dyrektor marketingu wielkiej polskiej firmy produkcyjnej. Chwilę wcześniej pokazywałem na konferencji slajdy, z których wynikało, że Rumunia wpada w coraz większy dołek. Ale najwyraźniej ten dołek nie jest taki tragiczny, skoro duzi polscy eksporterzy go nie widzą. Rumunia jest w recesji, ale to nie jest jeszcze recesja pełną gębą. Zobaczmy.

Ostatnie dane makroekonomiczne z Rumunii są bardzo słabe i na pierwszy rzut oka wydaje się, że ten kraj wpadł w potężne problemy. Po latach pompowania popytu wysokim deficytem budżetowym rząd w Bukareszcie w końcu został zmuszony do oszczędzania, co uderzyło w gospodarkę. Deficyt fiskalny został ścięty z prawie 10 proc. PKB do niecałych 8 proc., ale jednocześnie sam PKB zaczął przez to spadać. W czwartym kwartale obniżył się o 1,6 proc. r/r (po uwzględnieniu efektów sezonowych). Dla porównania, polski PKB liczony w ten sam sposób wzrosło o 3,6 proc.

A to nie koniec problemów. Deficyt budżetowy będzie dalej obniżany przez zamrażanie wynagrodzeń i świadczeń społecznych czy podwyżki podatków (jak VAT). Dlatego banki redukują prognozy dla Rumunii. Na przykład Erste Bank ściął prognozę wzrostu na ten rok z 2 do 1 proc. A to w obecnych warunkach i tak wydaje się dużo.

Walutowa kotwica ciąży gospodarce

Problem Rumunii polega na tym, że oprócz głębokiego deficytu budżetowego ma też bardzo duży deficyt handlowy, który musi finansować zadłużeniem zagranicznym i inwestycjami zagranicznych firm. Skala tego deficytu jest tak duża, że Rumunia też musi na tym froncie dokonać korekty, nie można bowiem zwiększać zobowiązań zagranicznych w takim tempie. Bukareszt nie może jednak skorzystać z najbardziej oczywistego instrumentu, czyli dewaluacji waluty, ponieważ utrzymuje prawie sztywny kurs leja. Musi więc dusić popyt wewnętrzny, by obniżyć import w relacji do eksportu.

Od ponad 20 lat Rumunia trzyma ten quasi-sztywny kurs leja jako tak zwaną nominalną kotwicę, która zwiększa zaufanie obywateli i inwestorów do krajowego pieniądza. Jest to częsta strategia stosowana przez mniej rozwinięte kraje, o słabo rozbudowanym systemie finansowym i niewielkich doświadczeniach z utrzymywaniem niskiej inflacji. Obiecuje się obywatelom, że krajowy pieniądz będzie miał stabilny kurs wobec zagranicznego pieniądza. Jednak skutkiem ubocznym jest wysoki udział depozytów i kredytów w euro. W takich warunkach dewaluacja automatycznie przekładałaby się na bankructwo części podmiotów gospodarczych, nawet jeżeli wzmacniałaby eksport. To narzędzie jest więc na razie niedostępne. Choć na przykład Międzynarodowy Fundusz Walutowy rekomenduje Rumunii, by stopniowo zwiększała elastyczność kursu.

Są jasne punkty

Ale w tym pesymistycznym krajobrazie jest kilka jasnych punktów, które dają nadzieję na to, że kraj w końcu wyjdzie na prostą. Ma na to szansę od przyszłego roku.

Przede wszystkim dobrze wyglądają ostatnie wskaźniki eksportowe Rumunii. W trzecim kwartale zeszłego roku (za czwarty nie ma jeszcze danych) eksport towarów rósł w tempie prawie 8 proc. r/r, a eksport usług ponad 8 proc. To znacznie lepsze wyniki niż jeszcze na początku zeszłego roku i jednocześnie mocniejsze wzrosty niż na przykład w Polsce. To oznacza, że kraj utrzymuje konkurencyjność zewnętrzną i do poprawy salda handlowego nie potrzebuje bardzo głębokiej recesji popytu krajowego i gwałtownej redukcji importu.

Ponadto recesja na razie nie wywołała problemów na rynku pracy. Stopa bezrobocia zwiększyła się o 0,5 pkt proc., ale to nie odbiega od zjawisk obserwowanych w wielu innych krajach. Nie ma w Rumunii spirali recesyjnej, w której spadający popyt i pogarszające się nastroje nakręcałyby się w błędnym kole.

Od nas wciąż kupują

Na koniec warto zwrócić uwagę, że polski eksport do Rumunii trzyma się nieźle. Wprawdzie w październiku i listopadzie obniżył się wyraźnie w ujęciu rocznym, ale to nastąpiło po bardzo dobrych wcześniejszych miesiącach. Lepiej spojrzeć na udział Rumunii w ogólnym polskim eksporcie towarów: pod koniec 2025 r. wynosił on 2,2 proc., czyli dokładnie tyle samo ile rok wcześniej. Nie widać w tym wskaźniku trendu spadkowego. Najwyraźniej rumuński rynek nie jest w jakiejś szeroko zakrojonej zapaści.

Rumunia jest dopiero na początku trudnej drogi odzyskiwania równowagi w budżecie i handlu zagranicznym. Największe ryzyko polega na tym, że w skonfliktowanym politycznie kraju nie da się utrzymać determinacji do redukcji wydatków publicznych. Ale z kolei dynamizm sektorów eksportowych powinien ułatwić przejście przez ten kryzys.

Możesz zainteresować się również: