Jeśli Polak snuje plany motoryzacyjnych zakupów (i jeśli ów Polak ma firmę), to znacznie częściej podróżuje myślami po komisach i portalach ogłoszeniowych niźli po salonach z nowymi autami. W rezultacie w minionym roku w prywatnych rękach znalazło się jedynie niespełna 118 tys. nowych samochodów. „Jedynie”, bo w tym samym czasie kupiliśmy 800 tys. używanych aut sprowadzonych z zagranicy, a około 95 proc. z nich trafiło pod prywatne strzechy. Powody wydają się oczywiste. Pieniądze. Od lat najchętniej kupowanym przez Kowalskich nowym samochodem jest Yaris od Toyoty, zaraz za nią Duster od Dacii. Nie inaczej było rok temu. Podobnie jeszcze wcześniej. I o ile w statystykach najchętniej kupowanych aut używanych przodują marki premium (w minionym roku Audi A4), o tyle zdecydowani na nowe auto albo wybiorą samochód z segmentu B, albo… skierują swe kroki do marki budżetowej. Wiadomo. Pieniądze.
Trudna sztuka

Budżetowo, czyli jak? Możliwie najtaniej. Minimum komfortu, minimum wygody, minimum tego, czego wymagają przepisy, i minimum przyjemności z użytkowania. Do Dacii przywarły te cztery minima, a Dacia musiała sobie z tym radzić. A to niełatwa sztuka. Bo o ile łatwo zrobić drogie i dobre auto, o tyle dużo trudniej zrobić tanie i dobre (albo przynajmniej akceptowalne). Wyzwanie to podjęła w 1999 r., gdy marka stała się częścią grupy Renault, i choć obie firmy flirtowały już od 1968 r., to właśnie u progu drugiego tysiąclecia Francuzi narysowali dla Dacii plan. Plan bycia budżetową marką. By taka być mogła, nie wystarczyło cieniej kłaść lakier czy wykorzystywać materiały gorszej jakości. Trzeba było synergii. A o tę w grupie łatwiej. Dacia, wykorzystując płytę podłogową Renaulta, pokazała światu (i mnie) model Logan. Celuję, że był to rok 2004. Dokładnej daty nie pamiętam, pamiętam doświadczenie. Przypominało jazdę nowym autem zbudowanym z niewykorzystanych części starego Clio, a wszytko okraszone komfortem wozu drabiniastego. Twardo, głośno i wolno. Ale tanio. Logan był tani i jak to mówią, oferował sobą tylko tyle, ile kosztował. Niewiele. W bonusie był zapach nowego auta i gwarancja. Światu wówczas chyba brakowało takiego auta, bo w fabryce bito wszelkie rekordy produkcji. Następuje rozszerzenie gamy o model Logan MCV (hatchback), Logan Van w 2007 r., Logan Pick up i Sandero w 2008 i bestseller (również w Polsce) model Duster w 2010.
Ten ostatni jest najtańszym nowym autem z napędem na obie osie w naszym kraju i był też ostatnim modelem Dacii, z jakim miałem okazję obcować.
Miały lata, na rynku pojawiały się kolejne generacje modeli Dacii. A ja postanowiłem sprawdzić, co w Dacii piszczy (i czy to, co piszczało, przestało). A że całkiem niedawno zadebiutowało kolejne wcielenie modelu Sandero…
Śmichy, chichy i przepowiednia

„Będziesz śmigał całe dnie, bo masz Dacię w elpegie” – żartował kolega na wieść, że najbliższy tydzień spędzę za kierownicą nowej Dacii Sandero TCe 100 LPG. Wtedy jeszcze nie wiedział, że to prorocze słowa. Ale od początku. Ceny dobrze wyposażonych pojazdów segmentu B zaczynają się niebezpiecznie zbliżać do kwoty 70 tys. zł. Kia Rio w sensownej wersji to minimum 55 tys., nowe Renault Clio – 62 tys., Citroën C3 to kwestia mniej więcej 61 tys. zł. Cały czas mówimy o autach wyposażonych naprawdę ubogo. Tymczasem cennik Dacii Sandero na tych kwotach się kończy. Oczywiście pod maską i we wnętrzu próżno szukać cyfrowych zegarów, hybrydowych rozwiązań czy aplikacji do monitorowania auta ze smartfona. Ale… bawiłem się cennikiem Sandero TCe 100 LPG dodając do niego… wszystko. Wyszło nieco ponad 60 tys. zł. To „wszystko” to: fabryczna instalacja LPG, podgrzewane fotele, kamera cofania, nawigacja z 8-calowym wyświetlaczem oraz CarPlay i Android Auto (działa bezprzewodowo), tempomat (pasywny), ledowe reflektory zespolone do jazdy dziennej, elektryczne sterowanie wszystkim (poza fotelami), system bezkluczykowego dostępu, system wspomagania parkowania, monitorowanie martwego pola, automatyczna klimatyzacja. Jest też, co oczywiste, wszystko to, czego wymagają unijne przepisy. Nieźle, jak na auto, którego jedynym celem jest jak najtańsze przewiezienie was z punktu A do B. W realizacji tego zadania nowe Sandero jest po prostu rewelacyjnie. Nigdzie indziej nie zauważysz też takiego skoku jakości w kabinie z generacji na generację. Chodzi o aranżację, ale i o materiały – a przynajmniej ten na przednim panelu. Jeśli dodać do tego, że w obu bakach Sandero pomieścisz 90 litrów paliwa (50 l PB i 40 l LPG), to możesz – jak to przepowiedział mój kolega – śmigać całe dnie i nie wysiadać przez co najmniej 1,2 tys. km.
Zamiana miejsc

Mimo tego całego wypasu Dacia to wciąż auto budżetowe i momentami o tym przypomina. Co to za momenty? Boczki drzwi – twarde, fotele – moje plecy akceptują nie więcej niż dwie godziny obcowania z nimi, kłopot w zajęciu wygodnej pozycji za kierownicą. Momenty pojawiają się też podczas jazdy z prędkościami wyższymi niż 110-120 km/h. Auto najwyraźniej tego nie lubi. Nie lubię i ja, bo daje o sobie znać sławne wyciszenie. Hałas dociera w systemie Dolby surround, znaczy na około. Z przodu powarkuje trzycylindrowy silniczek, z boków hałasują lusterka, a z tyłu huczy z okolic nadkoli (swoją drogą nigdy nie widziałem tak krótkich nadkoli). No ale na czymś trzeba było zaoszczędzić. Ciekawostka: oszczędzano nawet na układzie wydechowym. Kończy się w połowie auta. I cyk! Metr rury mniej. No ale tak to się robi. Dacia Sandero nie jest autem dla kochających jazdę i wcale tego nie udaje. Jest dla tych, którzy jeździć muszą. I tych zadowoli.
Można wozić dzieci (są isofixy, ale tylko na tylnej kanapie), można bagaże (328 l) i – jak na auto budżetowe przystało – wszystko to można robić budżetowo. Instalacja gazowa montowana w fabryce kosztuje 1000 zł. Żal nie skorzystać, zwłaszcza że jednolitrowy, trzycylindrowy, 100-konny silniczek specjalnie oszczędny nie jest. Na trasie wypił mi 7,5 l na 100 km/h (przypomnę, że jechałem poniżej 120 km/h). W podobnych warunkach potrzebował około 1 l więcej gazu. Zatem na benzynę będziesz przełączał raczej rzadko. Sprint do setki zajmuje ponad 11 s, ale to na gazie silnik ma więcej mocy (100 zamiast 90 KM). I tu dochodzimy do pytania: wieje taniochą?
60 tys. zł to spory grosz. Zresztą 55 tys. też (a tyle może kosztować Sandero TCe 100 LPG po odjęciu kilku gadżetów). Niemniej to cały czas niewiele jak na nowe auto. Na koniec jeszcze jedna ciekawostka, która tłumaczy ogromny jakościowy postęp Dacii. Plotka głosi, że pałeczkę budżetowej marki w grupie, do której Dacia należy, ma przejąć inna marka, która też wchodzi w skład owej grupy, czyli Łada. Być może Dacia, wzorem Škody zbliżającej się do Volkswagena, zacznie podjeżdżać coraz bliżej Renault. Skoro tak, to pewnie i ceny pójdą za jakością. Tylko czy Dacia w cenie Renault to dobry pomysł? Škodzie się udało.







