Dobra nowina. Do końca sierpnia mają zakończyć się prace nad rejestrem floty rybackiej. Jego powstanie jest z kolei warunkiem napływu unijnych funduszy na wycofanie kutrów. Do wzięcia jest prawie 460 mln zł.
Wielu krajowych rybaków nerwowo oczekuje na wejście Polski do Unii Europejskiej. Teraz, kiedy już wiadomo, że odwrotu nie ma, czas działa na niekorzyść pracujących na morzu. Dlaczego? Flota rybacka jest w dużej części przestarzała. Rekompensatą byłaby unijna gotówka na wycofanie jednostek rybackich. Gra jest warta świeczki, bo do złowienia jest 104 mln EUR (prawie 460 mln zł), do których krajowy budżet ma dopłacić 25 proc.
Najpierw jednak musi powstać rejestr kutrów.
— Jesteśmy zaniepokojeni tym, że departament rybołówstwa w resorcie rolnictwa nie wie, jaką liczbą kutrów dysponują krajowi rybacy. Znamy kilka liczb: 426, 417 czy 414, a resort niewiele robi, jakby wciąż czekał na agonię floty —twierdzi Maciej Dlouhy, prezes Krajowej Izby Rybackiej.
Lech Kępczyński, dyrektor departamentu rybołówstwa w resorcie rolnictwa, obiecuje, że rejestr będzie gotowy do końca sierpnia.
— Okręgowe Inspektoraty Rybołówstwa nadsyłają nam ostatnie dane. Nie wszystko zależy też od nas. Każda zarejestrowana jednostka rybacka musi być obmiarowana, podając albo tonaż albo moc silnika. To zadanie dla samych armatorów — podkreśla Lech Kępczyński.
Dodaje, że w tym celu urząd zawarł umowę z Polskim Rejestrem Statków (PRS), który wykona potrzebne wyliczenia za 500 zł od kutra na koszt rybaka.
Nie jest to jednak specjalny wydatek — zważywszy, że za wycofanie jednego tylko kutra armator może otrzymać od 1 mln zł do 1,5 mln zł.
— Sprawa jest dość pilna. Bez obmiarowania rejestr nie może stać się podstawą do wypłacenia gotówki. Tymczasem do tej pory zaledwie około 15 proc. jednostek dokonało pomiarów. Na szczęście ostatnio współpraca z rybakami układa się nam dość dobrze, więc mam nadzieję, że nastąpi pełna mobilizacja — mówi Lech Kępczyński.