Dziś klient byle czego nie weźmie. Jest wymagający, na więcej go stać i chce odżywiać się zdrowo. Rekin dobrze wie, jak go do siebie przyciągnąć.
Jan Mozolewski w 1993 roku postanowił założyć hurtownię ryb. Jak chciał — tak zrobił. Stworzył firmę ze wspólnikami — Zbigniewem Łaguną i Antonim Niebrzydowskim.
— Dlaczego ta branża? To czysty przypadek. Wcześniej jeden był weterynarzem, drugi pracował w Polmozbycie. Ja także działałem w branży samochodowej. Co nas połączyło? Wspólnie stwierdziliśmy, że ryby to ta branża, na której zarobimy. I oczywiście wszyscy lubiliśmy je jeść — opowiada Jan Mozolewski.
Muszą walczyć
Na początku kadra liczyła sześć osób.
— Tamte czasy nawet trudno porównać z dzisiejszymi. Mieliśmy tylko cztery gatunki ryb — mintaja, morszczuka, dorsza i śledzia. Wtedy sprzedawało się dużo mniej towaru i głównie całe ryby lub tusze. Filety czy sałatki szły słabo. Inny był też klient. Mniej wymagający — mówi Mozolewski.
Ale mimo znacznie mniejszego asortymentu w połowie lat 90. firma osiągała zyski podobne do obecnych.
— Wtedy było łatwiej o odbiorcę. Teraz trzeba się martwić, jak i gdzie go znaleźć oraz — co ważne — czy zapłaci. Bo część naszych pieniędzy wciąż pozostaje w rękach odbiorców. Pamiętam, jak dziesięć lat temu mówiłem, że nie musimy wozić ryb do klienta, bo on sam do nas przyjdzie. A jednak dziś to my musimy o niego walczyć i dowieziemy towar do każdego, najmniejszego nawet sklepu. Takie czasy — podsumowuje Jan Mozolewski.
Na tym jednak problemy w prowadzeniu firmy się nie kończą.
— Kiedyś nie inwestowaliśmy tyle w wyposażenie, chłodnie czy magazyn, a dziś musimy. Tymczasem urządzenia chłodnicze są bardzo drogie. Dużo ostrzejsze są też przepisy i wymogi prawne. Nie ułatwiają nam działalności — stwierdza Mozolewski.
Ważne od kogo i kiedy
Rekin oferuje 120 gatunków ryb mrożonych i 20 wędzonych. Zanim trafią do Białegostoku, pływają w wodach m.in. Wietnamu, Chile, Argentyny czy Kanady.
Ogromnym wzięciem cieszą się wyroby gotowe, czyli paluszki, burgery czy filety panierowane.
— Klient kupuje produkty, które można szybko przyrządzić. Wystarczy położyć na patelnię, kilka minut i gotowe. Niesłabnącym popytem cieszą się też sałatki. Oczywiście od czasu do czasu polscy klienci lubią spróbować coś egzotycznego, ale raczej są wierni rybom, do których się przyzwyczaili — mówi Mozolewski.
Branża jest typowo sezonowa. W końcu na Boże Narodzenie każdy musi mieć karpia (lub inną rybę) na stole. Wiosną i latem towar sprzedaje się dużo słabiej.
— Na pewno znaczenie ma to, że w tym okresie na rynku pojawia się dużo tanich warzyw oraz owoców i klient rzadziej sięga po ryby — podkreśla Jan Mozolewski.
W tej branży trzeba dobrze wiedzieć, co, od kogo i kiedy kupować.
— Od pory roku zależy, jakie właściwości ma ryba. I tak na przykład makrela łowiona w maju, czyli ta, która dotrze do Polski w okolicach czerwca czy lipca, jest najbardziej tłusta i może się rozwalać. Z kolei najlepszego śledzia łowi się i sprzedaje w październiku lub w listopadzie. Najlepiej, jeśli pochodzi z Norwegii, bo tam mają najbardziej profesjonalne przetwórnie — tłumaczy Mozolewski.
Bardziej wierni tradycji
Jak będzie wyglądała branża za kilka lat? Zdaniem szefa, na rybnym rynku szykują się zmiany.
— Przyszłość mają ryby świeże i mrożone, czyli towar bez żadnych dodatków. Ciągle będzie popyt na wędzone, natomiast gorzej będą szły konserwy. Jeśli chodzi o owoce morza — polski rynek jednak się do nich nie przyzwyczaił, choć na przykład na podobnym rosyjskim przyjęły się bardzo dobrze. Jesteśmy chyba bardziej wierni tradycji i nawykom — mówi Mozolewski.
Na pytanie o ulubioną rybę szef Rekina zastanawia się wyjątkowo długo.
— Każda mi smakuje. Trudno powiedzieć, która najbardziej. Po prostu je lubię. Nawet w wolnym czasie najchętniej łowię ryby. Absolutnie mi się nie nudzą. Gdyby każda rodzina kupowała i jadła tyle ryb, co moja, w tej branży byłoby pięknie — śmieje się Mozolewski.



