Spowolnienie gospodarcze okazuje się wyjątkowo łagodne dla gospodarstw domowych. Trudno co prawda mówić o hossie na rynku pracy i szale zakupowym, ale jak na największy światowy kryzys gospodarczy — nie jest źle. Pracy nadal jest sporo, a w sklepach zapominamy o kryzysie.
Jak poinformował Główny Urząd Statystyczny (GUS), na koniec listopada bezrobocie wyniosło 11,4 proc., wobec 11,1 proc. w październiku. Wprawdzie grono bezrobotnych powiększyło się przez miesiąc o 66 tys. osób, ale w listopadzie wzrost bezrobocia jest czymś normalnym.
Zarówno ekonomiści resortu, jak i analitycy rynkowi spodziewają się, że na koniec roku bezrobocie nie przekroczy 12 proc. To wynik, jakiego na początku roku nikt by się nie spodziewał.
— Odporność rynku pracy na kryzys jest zadziwiająca. W ubiegłą zimę oczekiwano znacznie wyższego poziomu. Zapisane w budżecie państwa 12,5 proc. było w momencie tworzenia tego założenia uznawane za bardzo optymistyczne. Ekonomiści bankowi też spodziewali się wyższych poziomów. Pamiętam nawet szokującą prognozę 17 proc. — mówi Urszula Kryńska, ekonomistka Banku Millennium.
Kryzys cały czas najmocniej odczuwają natomiast osoby młode. W listopadzie było 51 tys. osób, które po raz pierwszy rejestrowały się w urzędach pracy — to największy listopadowy poziom od 2003 r.
Więcej w czwartkowym "Pulsie Biznesu"