Czytasz dzięki

Ryzykowne posunięcie

opublikowano: 25-06-2020, 22:00

Wybór prezentu to nie jest łatwa sprawa. Szczególnie kiedy wybierasz go dla najbliższej osoby. Nie bez kozery o tym piszę. Upominek wybieram. Sobie. Urodziny mam.

To raczej oczywiste, że wybiorę sobie prezent motoryzacyjny. Samochód, a co! I choć to tylko urodzinowa gra w prezenty, już nie mogę się doczekać, kiedy odpakuję auto, które sobie sprawię. Ale zanim przetnę wstążkę, muszę coś wybrać. To ważny i trudny moment każdej urodzinowej celebracji. Na tym wstępnym etapie można wszystko koncertowo schrzanić lub sprawić, że będzie to niezapomniane świętowanie rocznicy wyplucia wód płodowych z płuc. Trzeba się przyłożyć. Ja mam łatwiej — znam siebie lepiej, niż zna mnie ktokolwiek. Znam meandry swoich motoryzacyjnych marzeń, znam gust. Wiem, co mnie cieszy, i wiem, czego w motoryzacji nie lubię. Co mi się podoba, a co nie. Phi, proste! Lexus LC 500. Koniec. Idę świętować.

GLS poradzi sobie w terenie, nawet takim umiarkowanie trudnym. Ale tego nie lubi. Woli długie trasy przelotowe. Na nich sprawdza się zdecydowanie lepiej niż w błocie i ostępach.
Wyświetl galerię [1/8]

Upodobania.

GLS poradzi sobie w terenie, nawet takim umiarkowanie trudnym. Ale tego nie lubi. Woli długie trasy przelotowe. Na nich sprawdza się zdecydowanie lepiej niż w błocie i ostępach.

Pogaduszki z ego

— Ja cię przepraszam! Przyłożyłbyś się trochę bardziej. To 45. urodziny — burknąłem do siebie. — Fakt. Zasłużyłem na nieco więcej atencji — odparłem.

Wypada zacząć od analizy. Samochodowe prezenty „robię sobie” od dawna. „Mam” zatem już pokaźną flotę Porsche (911 Targa GTS — srebrny, Boxster GTS — miami blue i Macana — też GTS — w jadowitym odcieniu zielonego: mamba green). Na czterdziestkę „sprawiłem sobie” BMW i8 (potem do sprzedaży weszła wersja cabrio i plułem sobie w brodę). W 2008 r. zakochałem się w Lexusach. Dlatego na 33 urodziny „zamówiłem” Lexusa ISF (wciąż go „mam”). Potem co roku do mojej urodzinowej floty dołączał jakiś Lexus. Jest LS, jest i RC. Brakuje tylko wspomnianego LC. Wybierając auto dla siebie na kolejne urodziny, starałem się trzymać aktualnych ofert i nowości, ale nie było to regułą. W wieku chyba 38 lat „dostałem” Gulię GTV z połowy lat 60. ubiegłego stulecia od Alfy Romeo, która ujęła mnie krągłościami i pięknym granatowym lakierem. Rok temu „wydałem fortunę” na równie leciwego Forda Bronco Sport. „Mam” tych aut trochę. Od supercarów (bo nie wspomniałem o Ferrari F50) po rozpieszczające zadek limuzyny. Moja urodzinowa flota rośnie z każdym rokiem, a wciąż jest za mała (urodziny są zbyt rzadko). Mam jeszcze sporo pomysłów. To który zrealizować z okazji 45-lecia wydania z siebie pierwszego krzyku?

W tajemnicy przed sobą postanowiłem się zaskoczyć. Ryzykownie.

Wbrew sobie

Chociaż moja flota liczy już ponad 30 aut (zacząłem „kupować” jeszcze w podstawówce), przeważają w niej auta kupione sercem. Mało tych kupionych z rozwagą. Są mocne sedany, piękne włoszki, sportowe „zabawki”, opasłe GT i luksusowe krążowniki. Brakuje rozwiązań praktycznych. Takich, co to na wypadek gdyby zabrakło mi mebli, pozwolą przywieźć komodę z Ikei. Żadne z moich aut nie jest też Mercedesem. Brzmi jak plan. Ryzykowny, ale może się udać. A że od lat zajmuję się motoryzacją, mam okazję spróbować auta przez kilka dni, zanim podejmę decyzję. Wchodzę do salonu i korzystam z owego dziennikarskiego przywileju. Oczy od razu wędrują ku AMG GT.

— Ten by mu (mi) się podobał — myślę.

— Ale tym go (mnie) nie zaskoczysz. Spodziewa się długiej maski, potężnego silnika i ciasnego bagażnika — ucinam zakusy.

Dobra. Coś dla czterdziestopięciolatka, co to w niejednym silniku wodę zagotował?

— Ma pan takie cuda? — pytam sprzedawcę.

— Mam. GLS 400d. Proszę, oto kluczyki. No, zwariował. Mam kupić komuś (sobie), kto nie lubi SUV-ów (poza jednym) i diesli (też poza jednym, ale innym) SUV-a z dieslem, który nie jest ani jednym, ani… innym jednym? Do tego jest na wskroś Mercedesem, a sam wiem najlepiej, jak bardzo mi nie po drodze ze stylistyką aut z gwiazdą na masce.

Nastawiony na „nie” postanowiłem jednak spróbować tylko dlatego, że opasłym SUV-em mogę go (siebie) zaskoczyć.

Analiza zasadności

GLS jest największym Mercedesem (nie licząc dostawczych i ciężarowych aut tej marki). Jest też największym SUV-em w Europie (nie licząc Rolls Royce’a Cullinana). Ma ponad 5,2 m długości, a to więcej niż BMW X7, Bentley Bentayga czy Audi Q7. GLS zalicza się zatem do kategorii „naj”, a to jemu (mi) się spodoba. Duża fura (ba, największa!) na 45. urodziny — to by było coś. Wnętrze ocieka najbardziej soczystymi luksusami. A sam wiem, że on od jakiegoś czasu zaczął bardzo dużo podróżować. Uwielbia połykać kilometry w jednym ze „swoich” Porsche, lecz jego kręgosłup lubi to mniej. Zatem jeżdżąca kanapa może się spodobać.

81a6d2b2-8c30-11e9-bc42-526af7764f64
Cztery kółka
Newsletter na temat rynku motoryzacyjnego: premiery, nowości, branżowe ciekawostki.
ZAPISZ MNIE
Cztery kółka
autor: Łukasz Ostruszka
Wysyłany co dwa tygodnie
Łukasz Ostruszka
Newsletter na temat rynku motoryzacyjnego: premiery, nowości, branżowe ciekawostki.
ZAPISZ MNIE

Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa.

Kliknij w link w wiadomości, aby potwierdzić subskrypcję newslettera.
Jeżeli nie otrzymasz wiadomości w ciągu kilku minut, prosimy o sprawdzenie folderu SPAM.

Marcin (choć wstyd się przyznać nawet przed sobą) jest gadżeciarzem (i to jakim!). A GLS ma gadżetów więcej niż Applestore w Amsterdamie. Obecność MBUX z pewnością mu się spodoba. Wiecie, to ten system, który po wypowiedzeniu zaklęcia „Hej, Mercedes”, da się sterować głosowo. Wiem, że jemu (mi) się spodoba nie to, że można za jego pośrednictwem zamknąć roletę okna dachowego, ustawić cel podróży, uruchomić masa, czy zapytać o prognozę pogody. Ujmą go (mnie) odpowiedzi na nurtujące pytania: Jaki jest sens życia? Czy mnie lubisz? I takie tam.

Wiem, że przejdzie obojętnie obok informacji, że w standardzie ma siedem siedzeń i na każdym spokojnie się umości nawet najbardziej wyrośnięty nastolatek. Pewnie nawet nie zachwyci się tym, że wszystkie miejsca są elektrycznie sterowane, sześć może być podgrzewanych, cztery mieć masaż i wentylację, a w całej kabinie da się ustawić pięć stref temperatury klimatyzacji. Za to ucieszy go bogata paleta barw tzw. oświetlenia nastrojowego.

Boję się nieco o tego diesla pod maską. Marcin ma jakieś zmiany w mózgu, co to wyłączyły mu obszar odpowiedzialny za ich tolerancję (lubi tylko jednego diesla, ale on nie jest od Mercedesa). Zatem pewnie nie doceni, że sześciocylindrowy, rzędowy, 2,9-litrowy i 330-konny silnik, jaki zamierzam mu (sobie) sprezentować, należy do najczystszych diesli w swojej klasie. Już teraz spełnia normę Euro 6d. I choć pracuje aksamitnie (wiem, sprawdzałem), a 700 Nm, którymi dysponuje, pcha 2,5-tonowe cielsko GLS-a od 0 do 100 km/h w niewiele ponad 6 s. Za to może narzekać na „klekot”. Z jakichś powodów po prostu nie lubi diesli (poza jednym). Ale jak już ponarzeka, doceni zasięg (na spokojnie 900 km na jednym tankowaniu). Nie piszę o spalaniu, bo jego (mnie) zawsze irytuje dyskusja na temat wielkości spalania w nowych autach premium w myśl zasady: masz na konia, miej na owies. Chyba będzie miał pretensję, że to nie wersja z benzynowym silnikiem V8 o mocy 490 KM lub 63 AMG z ponad 600-konnym agregatem. Ale tu wykpię się ceną. Pierwszy jest droższy o ponad 140 tys. zł, a budżet na drugi musiałby być większy o ponad 60 proc. — a aż tak grzeczny nie był(em). Przepraszam, że nie podaję konkretów z cennika, ale wiecie, nie wypada — to prezent.

Decyzja zapadła

Spodoba mu się prestiż posiadania największego auta. Spodoba prowadzenie, bo choć GLS nie jest fanem szybkich zmian kierunku jazdy, to radzi sobie z tym całkiem poprawnie. Jazda nim upływa w błogim komforcie. Seryjne adaptacyjne, pneumatyczne zawieszenie sprawia, że samochód nie jedzie, lecz niemal płynie. A jeśli (a zamierzam to uczynić) wyposażyć swój egzemplarz w układ stabilizacji E-Active Body Control, to dzieją się cuda. System nie tylko niweluje ruchy nadwozia, lecz także pochyla auto w zakrętach do wewnętrznej, a w terenie — przez szybkie poruszanie karoserią w osi pionowej — pomaga się odkopać np. w piachu.

Wyciszenie kabiny pozwala rozkoszować się fenomenalnym brzmieniem systemu nagłośnienia Burmester. Ma 1610 watów i aż 26 głośników i jest tak wielki i ciężki, że obniża masę holowanej przyczepy o 200 kg (z 3,5 do 3,3 t). Mam pewność, że przyczepi (przyczepię) się do foteli. Nie chodzi o to, że nie są wygodne — są. Chodzi o to, że w Lexusie są wygodniejsze. Powinien (powinienem) docenić przepastność bagażnika. Żadne z „moich” aut nie jest orłem w tym temacie. A tu: dwie ogromne komody (w paczkach) wchodzą do bagażnika bez konieczności składania drugiego rzędu siedzeń.

Czterdziestopięciolatek powinien docenić praktyczne zalety. A nie tylko zabawę, lans i tylny napęd. Czas na nieco majestatu. Kupuję. To ryzyko, ale biorę.

— Zapakować na prezent? — Poproszę.

B-day

GLS jest wielki. Jak bardzo, zdajesz sobie sprawę dopiero, gdy zaparkujesz obok Toyoty Land Cruiser. Bez niej wydaje się lżejszy wzrokowo. Ale jest wielki. Wiem, bo widziałem, ile ozdobnego papieru poszło do pakowania. Wręczyłem sobie prezent. Podobał się? Strzeliłem focha? Tego jeszcze nie wiem. Dopiero „dostałem”. Nie zdążyłem odpakować.

MARCIN BOŁTRYK

Dziennikarz „Pulsu Biznesu”, od 20 lat specjalizuje się w motoryzacji.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Bołtryk

Polecane