Całe szczęście, że UE zablokowała nam zmianę metodologii liczenia długu. To byłoby samobójstwo — mówi Wojciech Misiąg, były wiceminister finansów
Na większy deficyt nie byliśmy skazani. Ale rząd zamiast reformami, zajął się księgowością — twierdzi ekonomista.
Unia Europejska odrzuciła polski postulat, by od długu publicznego kraje mogły odliczać koszty reformy emerytalnej. Poparcia odmówiły nam Komisja Europejska i Rada Europejska oraz większość krajów członkowskich. Rząd przekonuje, że będzie walczył dalej o przeforsowanie naszych propozycji. Wojciech Misiąg, ekonomista Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową i były wiceminister finansów, ma nadzieję, że rozmowy zakończą się fiaskiem.
— Cieszę się, że Unia nie chce nam tego uznać. Takie księgowe rozwiązania to samobójstwo. Nawet jeśli zapiszemy sobie na papierze, że dług jest mniejszy niż w rzeczywistości, to nie zmienia to faktu, że musimy finansować wpłaty do OFE długiem i płacić odsetki. Równie dobrze rząd może przyjąć zasadę, że dług zaciągany w piątki się nie liczy — mówi Wojciech Misiąg.
Kreatywne podejście
Według ekonomisty, próba zmiany metodologii liczenia długu publicznego to trzeci w historii polskich finansów publicznych pomysł księgowego zaklinania rzeczywistości.
— W 2007 r. rząd wymyślił sobie, że nie będzie w budżecie nazywał wpłaty do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych wydatkiem, a uzna ją za tzw. refinansowanie deficytu. Niby to samo, a deficyt mniejszy. Na początku ta część wynosiła około 10 mld zł rocznie, dziś to już kilkanaście miliardów. O tę kwotę mamy sztucznie zaniżony deficyt — tłumaczy Wojciech Misiąg.
Potem przyszedł czas na nowe księgowanie prywatyzacji.
— To był drugi pomysł księgowego rozwiązania problemu. Wymyślono, że wydatki pieniędzy pochodzących z prywatyzacji nie będą nazywane wydatkami. Po prostu uniknięto ewidencjonowania ich w budżecie — mówi Wojciech Misiąg.
Teraz pojawił się trzeci pomysł — zmiana metodologii liczenia długu.
— Rząd chce uznać, że OFE są częścią sektora finansów publicznych, choć w 1998 r., kiedy OFE powstawały, podkreślano ich zewnętrzny, prywatny charakter. Ten zabieg ma sprawić, że zamykamy oczy i dług, który zaciągamy na koszt wpłaty do OFE, przestajemy traktować jako dług — wyjaśnia Wojciech Misiąg.
Rynków nie oszukasz
Jacek Rostowski, minister finansów i główny orędownik zmiany sposobu liczenia długu, przekonuje, że obecna statystyka Eurostatu jest dla Polski krzywdząca, bo pokazuje inwestorom nieprawdziwy obraz polskich finansów. Według Wojciecha Misiąga, rynki finansowe patrzą znacznie głębiej niż na proste zestawienia statystyczne.
— Gdybym był inwestorem, to kompletnie nie obchodziłoby mnie, jaka jest metodologia liczenia długu. Spytałbym się: jaki macie dług? Usłyszałbym: 37 proc. PKB. A czy to jest wszystko, co macie do zapłacenia? No nie, mamy jeszcze 15 proc. PKB długu wobec OFE. Liczba, którą publikuje Eurostat, miałaby dla mnie drugorzędne znaczenie — argumentuje Wojciech Misiąg.
Jego zdaniem, na forum unijnym powinniśmy walczyć nie o zmianę metodologii liczenia długu, lecz o zmianę zasad gry wewnątrz wspólnoty.
— Powinniśmy uznać, że dług to dług i zaakceptować pełną przejrzystość, ale jednocześnie walczyć o zmianę kryteriów konwergencji [tzw. kryteria z Maastricht mówiące, że m.in. deficyt finansów publicznych nie może przekraczać 3 proc. PKB, a dług — 60 proc. PKB]. Nie oszukujmy się, że ten dług jest inny. Tłumaczmy, że z uwagi na dokonaną reformę emerytalną kryteria fiskalne wobec Polski powinny być łagodniejsze — przekonuje były wiceminister finansów.
Rząd bez celów
W 2010 r. na odsetki od długu publicznego polscy podatnicy wydadzą 34,9 mld zł. W budżecie na 2011 r. zapisane jest już na ten cel 38,4 mld zł.
— To jest ogromny kawał pieniądza. Jeżeli będziemy się tak dalej bawić, to niedługo będziemy płacić ponad 40 mld zł. Tyle kosztują nas wszystkie podstawówki w Polsce. My tę kwotę co roku wydajemy tylko po to, żeby nam nie narastało zadłużenie — podkreśla Wojciech Misiąg.
Nie zgadza się, że przyrost długu w takiej skali był nieunikniony, jak tłumaczy minister finansów.
— Dało się to wyhamować. Od wielu lat żadnych przedsięwzięć oszczędnościowych, racjonalizacyjnych w finansach publicznych nie zrobiliśmy — mówi Wojciech Misiąg.
Ekonomista jest też rozczarowany "wieloletnim planem finansowym Państwa na lata 2010-2013" (WPFP), w którym rząd zapowiada ograniczanie deficytu i reformy wydatkowe. Według Wojciecha Misiąga, w obecnej formie plan nie zobowiązuje rządu do żadnych działań, a zatem nie ma żadnego znaczenia strategicznego.
— Rząd właściwie nie ma wieloletniego planu. WPFP to plan kroczący, czyli co roku wydłuża się jego horyzont. W takiej formie rząd nie stawia przed sobą żadnego zadania do wykonania. Na najbliższe cztery lata ma takie cele, za rok o nich zapomina, bo ma już zupełnie inne — przekonuje Wojciech Misiąg.
Jak szacuje resort finansów, w 2010 r. deficyt finansów publicznych wyniesie 7,9 proc. PKB. Pół roku temu rząd zakładał, że będzie to 6,9 proc.
— Cel 6,9 proc. był do osiągnięcia. 1 proc. PKB to kilkanaście miliardów złotych — tylko wykorzystując proste rezerwy, rząd mógłby takie oszczędności wygospodarować. Żeby zejść do 3 proc. PKB, trzeba będzie bardziej się namęczyć, ale przede wszystkim trzeba tego chcieć. Tymczasem od dziesięciu lat reformy nie mogą ruszyć z miejsca — ubolewa Wojciech Misiąg.
Spec od finansów
Wojciech Misiąg jest ekonomistą specjalizującym się w finansach publicznych. W latach 1989-1994 był wiceministrem finansów w czterech kolejnych rządach. Od 1994 r. pracuje w Instytucie Badań nad Gospodarką Rynkową, gdzie od 1998 r. pełni funkcję dyrektora Departamentu Finansów Publicznych. Od 2003 r. jest też doradcą prezesa Najwyższej Izby Kontroli. W latach 90. był przewodniczącym rad nadzorczych PZU i PZU Życie.