Do referendum w sprawie wysadzenia z fotela prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz- -Waltz pozostają 52 dni, które zapowiadają się jako okres ciekawy w kategoriach gierek politycznych, socjotechnicznych i PR-owych. Będzie mogła z tego powstać praca co najmniej magisterska.

Próbką, co nas może czekać, niech będzie wiadomość z Nidzicy, gdzie referendum w sprawie wyrzucenia burmistrza i rady miejskiej odbędzie się w najbliższą niedzielę. Sąd zakazał inicjatorom referendum rozpowszechniania nieprawdziwych informacji, jakoby burmistrz zaniedbał proceduralnie inwestycji na dwóch drogach wojewódzkich oraz że strefa ekonomiczna jest „najdroższym pomnikiem Nidzicy”.
Aż strach pomyśleć, jakie argumenty i kontrargumenty będą ścierały się tuż przed głosowaniem w stolicy.
Frekwencyjny bój o dusze warszawiaków będzie toczył się do ostatnich minut. Jeden z już ujawnionych wątków obrony Hanny Gronkiewicz-Waltz jednak zdumiewa. Otóż pani prezydent chlubi się dorobkiem całej siedmiolatki 2006-13.
Co z założenia nie jest uczciwe, ponieważ pierwszą kadencję 2006-10 miała zdecydowanie lepszą, co zostało potwierdzone jej reelekcją w 2010 r. już w pierwszej turze. Referendum dotyczy wyłącznie znacznie gorszego okresu 2010-13.
Takie zamydlanie obecnej słabości dawniejszymi osiągnięciami jest chwytem często spotykanym.
Z polskiej niemal już prehistorii pamiętam, jak to ekipa towarzysza Edwarda Gierka w roku 1980 bilansowała całą dekadę, składającą się z dużo lepszej pięciolatki 1971-75 (kredyty, licencje) i znacznie gorszej 1976-80 (przeinwestowanie, spłacanie).
Kilka miesięcy po owym zafałszowanym podsumowaniu przyszedł sierpniowy strajk w Stoczni Gdańskiej i słońce narodu zeszło ze sceny. Dzisiaj mamy zupełnie inne czasy i realia polityczno-gospodarcze, ale historia nauczycielką życia…