Ucieczka polskich armatorów pod tanie bandery, wynikająca z niekorzystnych przepisów, degradacja infrastruktury, brak dobrej komunikacji drogowej i kolejowej z portami — tak według Najwyższej Izby Kontroli przedstawia się obraz polskiej gospodarki morskiej. I wszystko wskazuje na to, że nic się nie zmieni, a polska flota może zaniknąć całkowicie. Do takiego wniosku skłania brak jakiejkolwiek polityki państwa w zakresie rozwoju gospodarki morskiej.
Brak zainteresowania gospodarką morską nie jest charakterystyczny wyłącznie dla obecnego rządu. Tak samo traktowały ją poprzednie gabinety. Jednym z najpoważniejszych zaniechań rządu jest niewprowadzenie do dziś podatku tonażowego, który miał doprowadzić do powrotu statków polskich armatorów pod polskie bandery. Na wprowadzenie takiego podatku, zastępującego inne, w tym podatek dochodowy (takie rozwiązanie zastosowały inne państwa Unii), nie godził się minister finansów, wicepremier Grzegorz Kołodko. Prace nad podatkiem trwają od trzech lat i nadal toczą się uzgodnienia międzyresortowe, dotyczące kształtu ustawy, która miałaby go wprowadzać. Kolejnym poważnym błędem jest niewykorzystanie unijnych środków z Phare, Funduszu Spójności i Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego (ERDF). Przez kilka miesięcy po rozszerzeniu Unii podmioty starające się o dofinansowanie inwestycji w infrastrukturę morską i poprawę dostępu do portów nie mogły składać wniosków o pomoc, bo... nie było rozporządzenia ministra infrastruktury, dotyczącego wzoru wniosków i trybu ich składania.
Otoczenie polskiego transportu morskiego od lat jest nie uporządkowane, a pieniądze zamiast do państwowej kasy płyną do innych krajów. Kolejne ekipy rządzące od 16 lat robią zaś wrażenie jakby nie wiedziały, że nasze statki pływają pod obcymi banderami.