SWOT dla rynku sztuki

Mocne i słabe strony, szanse oraz zagrożenia — z przymrużeniem oka, bo po jednym, wymienia Piotr Lengiewicz, prezes domu aukcyjnego Rempex

S jak Stabilność

Zobacz więcej

„Jestem echo” Erny Rosenstein licytowany był we wrześniu w Rempeksie. [FOT. REMPEX]

Mimo że do powszechnej świadomości najszybciej przedziera się zwykle sensacyjna wieść o rekordzie, grupa kolekcjonerów odpowiedzialnych za milionowe transakcje jest stosunkowo wąska i z pewnością nie posłużyłaby w lepieniu modelu przeciętnego nabywcy dzieła. Najwyższe ceny notowane na krajowych aukcjach sięgają nawet powyżej 3 mln zł, a stawka kilkuset tysięcy złotych za przykładowy okrąg autorstwa Wojciecha Fangora dawno przestała być komentowana jako niespodzianka — tyle tylko, że w strukturze całej sprzedaży oleje Fangora czy Matejki stanowią najcieńszy klin diagramu. Na rynku sztuki współczesnej prawie 70 proc. wylicytowanych w ubiegłym roku obiektów nie było droższych niż 5 tys. zł, podaje raport Artinfo, wraz z informacją, że niecała połowa tego segmentu osiągnęła cenę zaledwie kilkuset złotych. Poniżej 1 tys. zł kosztowała również jedna piąta prac dawniejszych, a w przedziale 1-5 tys. zł sprzedano 39 proc. z nich — tyle wydaje wobec tego kolekcjoner, w dodatku niekoniecznie podążając za jakąś błyskawicznie zmieniającą się modą.

— Największy ruch obserwujemy na poziomie cenowym do 10 tys. zł, bo zazwyczaj właśnie w tym segmencie pojawiają się klienci, którzy jeszcze nie są nam znani. Poszczególne mody natomiast istotnie układają się w jakąś sinusoidę, jednak nie w tempie giełdowym, w którym z tygodnia na tydzień można oczekiwać spektakularnego odbicia. Na tym rynku odbicie trwa niekiedy nawet kilka lat, podobnie jak wycofywanie się danej tendencji — przykładowa moda na École de Paris trwała przecież bardzo długo, a teraz zaczęła się już odrobinę wypłycać. Dzieła sztuki nie warto wobec tego traktować jako instrumentu krótkoterminowej spekulacji, tylko docenić chociażby, że w przeciwieństwie do nowego luksusowego auta nie traci wartości w chwili samego nabycia. Najlepiej też kupować najdroższe, na jakie można sobie w danym momencie pozwolić, zamiast kilku okazyjnie wycenionych — a gdybym wiedział, co najszybciej zdrożeje, sam chodziłbym już chyba w złotych butach — komentuje Piotr Lengiewicz. Pytanie więc, dlaczego część wybiera sto obiektów za 500 zł zamiast jednego, który nie musiałby czekać na wyśnioną zwyżkę w magazynie.

O jak odlew

Odlew to co prawda metoda, której nie kojarzymy z unikatowością, ale w tym przypadku chodzi o trop nakierowujący na cały rynek rzeźby. Uparcie szukając aktywów niedoszacowanych, znajdziemy w obiegu znacznie więcej niż dzieło „drugiego Sasnala”, a więc wycenioną na kilkaset złotych pracę nieznanego jeszcze autora, którego przyszły splendor ma zapewnić nam miliony. Na rynku sztuki dominuje malarstwo — a według Artinfo, to dominacja na solidne 84 proc. — dlatego już intuicja podsuwa, że może niższe progi będą w obszarach, które są mniej popularne.

— Rzeźba — i to szeroko rozumiana — rzeczywiście ma tendencję do bycia o szczebel niżej, do niedoszacowania. Nie mam na myśli oczywiście całej oferty ozdobnej galanterii, bo porcelanowe czy masowo odlewane figurki ujmowane są bardziej w kategorii artystycznego rzemiosła, niż niepowtarzalnej rzeźby.

Obiekty, które są przestrzenne, zupełnie inaczej działają we wnętrzu, pozwalają na inny odbiór, co nie zmienia tego, że na te tworzone współcześnie praktycznie nie ma kolekcjonerów. Obecnie sporą popularność zyskała rzeźba zakopiańska, dzięki czemu wybija się z tego rynku stosunkowo wysokimi cenami. Jest w tym zawsze element sensacyjności — gdybyśmy patrzyli na figurkę z ceną 100 tys. zł, dla części z nas natychmiast musiałaby być dobra, bo jej artystyczną jakość zaczęlibyśmy analizować przez pryzmat rynkowej stawki — zaznacza Piotr Lengiewicz. Ubiegłoroczny rekord na tym rynku ustanowił natomiast „Ptak” z cementu z opiłkami, zlepiony przez Alinę Szapocznikow, a wylicytowany do 1,7 mln zł — o dwa-trzy zera wyżej niż większość tego, co zwykle znajdujemy w galerii.

W jak wakat

Jest praca w sektorze, mogłoby krzyczeć ogłoszenie, gdyby kolekcjonera dało się szukać w gazecie. Nie bez przyczyny, bo większość znanych zbiorów ma już kilkunastoletnią, a nierzadko kilkudziesięcioletnią historię, dlatego zgłaszany przez nie popyt sprowadza się raczej nie do regularnych, tylko do sporadycznych transakcji. — Brakuje środka. Mam teraz wrażenie, że na rynku jest stosunkowo niewielu ludzi, którzy chcieliby stworzyć od nowa całą kolekcję. Kolekcjonerzy, którzy zaczęli swoje zakupy według określonego klucza już kilkanaście lat temu, szukają obecnie tylko pewnych smaczków albo czekają na wyjątkowe okazje.

Mając już kilkadziesiąt pozycji z wybranego, ulubionego kręgu artystycznego, nie szuka się kolejnej podobnej, tylko takiej, która byłaby wyjątkowym uzupełnieniem zbioru. Osób, które świadomie zaczęłyby kolekcjonować właśnie teraz, brakuje — nie mówiąc o pewnych próbach na rynku sztuki najnowszej, sprowadzających się do kupowania setek sztuk w cenie od 500 zł, może do 1,5 tys. zł — komentuje Piotr Lengiewicz, zwracając uwagę na skutki tej tendencji, które są nieuniknione.

Zdaniem eksperta, z rynku sztuki najnowszej prościej już wkroczyć na rynek współczesnej, powojennej, dlatego sporo galerii oferujących dotychczas wyłącznie obiekty dawne zaczęło poszerzać ofertę o prace XX-wieczne. Sama sztuka najnowsza — nazywana często młodą, a więc niewypromowaną — odpowiada za prawie jedną trzecią ubiegłorocznych transakcji na aukcjach, podaje Artinfo. O tym, jak niską potencjalna lokata ma jeszcze wartość, świadczy jednak udział 5 proc., jaki ma w obrocie.

T jak takie prawo

Skoro w analizie SWOT wypada podać również jakieś zagrożenie, warto się odnieść do wrzawy, jaką wywołała w środowisku propozycja nowego prawnego przepisu. Dotychczas dane transakcji musiały być rejestrowane w przypadku zakupów przekraczających 15 tys. EUR, co wynikało m.in. z przeciwdziałania praniu brudnych pieniędzy — od 6 grudnia zaostrzy to potocznie nazywana „księga policyjna”. Nowelizacja ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami nałoży na antykwariuszy obowiązek prowadzenia ewidencji sprzedaży wszystkich zabytków o wartości powyżej 10 tys. zł — a więc spisania danych obiektu, zbywcy, pośrednika, ale także nabywcy. Definicja samego zabytku nie określa natomiast jego wieku, bo odnosi się bardziej do takich kwestii, jak stanowienie świadectwa minionej epoki, dlatego w wielu przypadkach będzie się trzeba zastanowić nad rozstrzygnięciem, zanim poprosi się klienta o PESEL.

— Zgadzam się, że na początku będzie źle, ale takie przepisy stosuje się w niektórych krajach, a to my, jako społeczeństwo, jesteśmy odrobinę postkomunistycznie przewrażliwieni w kontekście udostępniania danych. Próg 15 tys. EUR, ustanowiony w celu przeciwdziałania praniu brudnych pieniędzy i finansowaniu terroryzmu, też wcześniej budził wątpliwości, jednak okazało się, że była potrzeba zahamowania nielegalnego napływu dzieł z obszarów wschodnich, gdzie toczyły się działania wojenne.

Grupy terrorystyczne również zasilały Europę Zachodnią w antyki, finansując się ze splądrowanych muzeów. W pewnym sensie można te przepisy zrozumieć, chociaż czasami przerastają potrzeby akurat polskiego rynku — komentuje Piotr Lengiewicz, nie kryjąc nadziei, że może dzięki nowemu obowiązkowi transakcje staną się wreszcie bardziej przejrzyste. Gdyby wszyscy publikowali zaksięgowane ceny — dodaje ekspert — byłby to standard.

Nikt nie podejrzewałby aukcyjnych rekordów o to, że w rzeczywistości nie padły, w ramach mechanizmu określanego potocznie sztuką dla sztuki. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / SWOT dla rynku sztuki