Szwajcarzy idą na  wojnę walutową

Jacek Kowalczyk, Bartosz Krzyżaniak
opublikowano: 07-09-2011, 00:00

Maszyny drukarskie poszły w ruch — Szwajcaria drukuje franka i sprzedaje go światu — za 1,20 euro.

Bank centralny związał franka z euro. Tym razem ma szansę wygrać z rynkiem

Maszyny drukarskie poszły w ruch — Szwajcaria drukuje franka i sprzedaje go światu — za 1,20 euro.

Skończył się podział polskich kredytobiorców na "frankowych" i "eurowych". Od wczoraj kurs złotego do obu walut porusza się w dokładnie tym samym rytmie. Obie grupy kredytobiorców mogą zacząć przyzwyczajać się do prostego przelicznika: frank to dokładnie cztery piąte euro. Jeśli złoty nie będzie gwałtownie tracił lub zyskiwał do unijnej waluty, cena franka powinna się utrzymywać w okolicy 3,5 zł.

Pełen arsenał

To skutek historycznej decyzji Szwajcarskiego Banku Narodowego (SNB). Wczoraj rano, ku zaskoczeniu inwestorów, bank opublikował oświadczenie, w którym postanawia usztywnić kurs franka do euro. "Nie będziemy dłużej tolerować kursu EUR/CHF poniżej minimalnego poziomu 1,20" — stwierdził bank. Zapowiedział, że będzie bronił tego poziomu "z najwyższą determinacją".

Aby zahamować umacnianie się franka (co odbiera konkurencyjność tamtejszej gospodarce), SNB zapowiedział, że będzie sprzedawał własną walutę, a kupował euro. Reakcja była natychmiastowa — w ciągu kilku minut cena unijnej waluty wzrosła z 1,10 do 1,20 CHF i na tym poziomie zostanie najprawdopodobniej jeszcze długo. Dilerzy walutowi SNB stale monitorują cenę franka i drobnymi transakcjami utrzymują kurs na określonym poziomie.

— Bank centralny zobowiązał się do tworzenia z niczego nieograniczonej liczby franków i sprzedawania ich na rynku za euro. Będzie w ten sposób utrzymywać sztywny kurs — tłumaczy Fabian Heller, ekonomista Credit Suisse.

Dzisiaj SNB jest w komfortowej sytuacji — ma nieograniczoną amunicję do interwencji. Może drukować pieniądze do woli, bo i tak nie spowoduje to niebezpiecznego wzrostu inflacji.

— Szwajcaria obecnie broni się przed deflacją, więc bank centralny ma mandat do drukowania franków. Zalew rynku pieniędzmi, przynajmniej w perspektywie kilku miesięcy, nie spowoduje presji inflacyjnej, dlatego Szwajcarzy w tym czasie nie powinni mieć problemów z utrzymaniem kursu na poziomie 1,20 — mówi Cezary Chrapek, analityk walutowy Citi Handlowego.

Dobre podłoże

SNB jak mało który bank centralny świata wie, jak bolesna może być wojna z rynkiem. W 2010 r. też interweniował i przegrał — frank i tak się umacniał, a interwencje spowodowały 21 mld CHF straty. Zarząd SNB był krytykowany, bo one od początku przynosiły niewielki skutek. Wtedy jednak sytuacja była inna.

— Gospodarka się rozpędzała, a presja inflacyjna narastała. SNB nie mógł więc tworzyć pieniędzy na masową skalę, dlatego dał za wygraną — mówi Cezary Chrapek.

Kiedy SNB wyszedł z rynku, euro w stosunku do franka zaczęło więc gwałtownie tracić na wartości, przez co napompowane unijną walutą rezerwy banku zaczęły się kurczyć i powodować stratę w bilansie (i uszczerbek w dochodach kantonów). Tym razem szansa na powodzenie jest znacznie większa.

— Działania SNB są bardziej wiarygodne niż wówczas, bo stawką jest uniknięcie recesji i deflacji. Inwestorzy nie będą w stanie przełamać tego oporu, tym bardziej, że potencjał do umocnienia franka został już w dużej mierze wyczerpany. Ostatnie tygodnie pokazały, że szwajcarska waluta nie może się umacniać w nieskończoność, bo Szwajcaria to zbyt płytka, mało pojemna gospodarka — mówi Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku.

Może się okazać, że tym razem koszt operacji będzie zerowy. Jeśli bankowi centralnemu uda się utrzymać kurs na poziomie 1,20, wycena rezerw "eurowych" się nie zmieni.

Nie jest wręcz wykluczone, że bank na operacjach zarobi. W optymistycznym scenariuszu inwestorzy przestają traktować franka jako bezpieczną przystań i z czasem szwajcarska waluta dalej się osłabia. Wówczas rezerwy banku wręcz by rosły.

Widmo przeszłości

Istnieje jednak też pesymistyczny scenariusz — związany z ewentualnym powrotem silnych zawirowań na rynkach finansowych.

— Załóżmy, że Grecja nie dostaje nowej transzy pożyczki z UE, restrukturyzuje dług albo wychodzi ze strefy euro. Inne ryzyko: Włochy lub Hiszpania zgłaszają się do Unii po pomoc finansową. Wówczas niepokoje na rynkach są tak silne, że znowu wszyscy inwestorzy kierują kapitał do Szwajcarii. Presja na umocnienie mogłaby być tak silna, że SNB skapitulowałby — mówi Cezary Chrapek.

Bank musiałby wpompować w gospodarkę tak dużo dodrukowanego pieniądza, że ryzyko wybuchu inflacji stałoby się realne. W takiej sytuacji bank centralny nie ma wyboru — musi zatrzymać maszyny drukarskie.

— SNB przechodził tę drogę w 1978 r. Żeby zatrzymać umacnianie się franka, powiązał go z marką niemiecką. To spowodowało, że inflacja w Szwajcarii wzrosła do 7 proc. w 1981 r. Tym razem sytuacja wygląda podobnie. Obawy o siłę franka znikną dopiero wtedy, kiedy reszta świata — poza Szwajcarią — zacznie się jawić jako bezpieczniejsze miejsce — zaznacza Paul Mackel, analityk HSBC.

Zadłużeni w szwajcarskiej walucie

mają co najmniej kilka miesięcy spokoju. O ile obecny kurs może uspokajać

Widmo 4,5 zł za franka zniknęło na dłużej. Pozytywna reakcja na innych złotowych parach walutowych była jednak krótkotrwała.

Akcja osłabiania franka, którą wczoraj zapoczątkował Szwajcarski Bank Narodowy (SNB), ustalając minimalny poziom kursu EUR/CHF na 1,2, wpłynęła pozytywnie na polskie aktywa.

Przede wszystkim potaniał frank. W pierwszych minutach po ogłoszeniu decyzji Szwajcarów przecena wyniosła 30 gr. Później kurs CHF/PLN ustabilizował się w okolicach 3,5.

Euforia...

— Reakcja inwestorów była jednoznacznie pozytywna. SNB sprawił wczoraj duży prezent zadłużonym we franku — komentuje Adam Antoniak, starszy ekonomista Banku BPH.

Poza natychmiastową gigantyczną przeceną franka wobec złotego, w odpowiedzi na szwajcarski ruch tanieć zaczęły inne waluty: złoty umocnił się nie tylko do euro, lecz także do dolara, który — mimo problemów fiskalnych USA — uchodzi wśród inwestorów za bezpieczne aktywo. Ponad 2-procentowym wzrostem zareagował indeks największych spółek na warszawskiej giełdzie.

— Reakcje te były efektem pojawienia się czynnika stabilizującego, który ograniczył ryzyka dotyczące polskiej gospodarki: część inwestorów obawiała się bowiem, że drożejący frank będzie ciążył na wynikach banków, które udzielały kredytów w tej walucie, a także na konsumpcji. Z tym związane były też zwyżki na giełdzie — ocenia Adam Antoniak.

W reakcji na doniesienia ze Szwajcarii inwestorzy odwrócili się także od innych — poza frankiem — bezpiecznych aktywów. Łupnia dostało złoto.

...i kalkulacja

Otrzeźwienie przyszło szybko.

— Już po kilku godzinach od decyzji SNB kurs EUR/USD wrócił do poziomu z poranka, podobnie cena złota. Do pozycji wyjściowych wróciły też notowania dolara i euro w złotych. Inwestorzy zdali sobie bowiem sprawę, że obraz świata pozostaje negatywny — tłumaczy Marek Rogalski, analityk DM BOŚ.

Dorota Strauch, analityk Raiffeisen Banku, zauważa, że nie zniknęły pozostałe czynniki ryzyka, w tym obawy o globalny wzrost gospodarczy, a także o peryferyjne kraje strefy euro.

— Poprawa nastrojów na rynku była więc bardzo krótkotrwała. Utrzymująca się niepewność będzie skłaniała do inwestowania w bezpieczne aktywa i poszukiwania nowych bezpiecznych przystani, a nie do inwestowania w aktywa ryzykowne — uważa Dorota Strauch.

Zdaniem Kamila Oziemczuka, analityka DM IDMSA, po decyzji SNB inwestorzy mogą zwiększyć zaangażowanie w dolara i złoto.

— Oznacza to, że osłabienie złotego, jeśli nastąpi, będzie mocniejsze na parze USD/PLN niż CHF/PLN. Za bezpieczną walutę uznawany jest też japoński jen. Jednak najbardziej zyska dolar — przewiduje Kamil Oziemczuk.

Dobre wieści

Wczorajszy dzień przyniósł nagłą ulgę dla kilkuset tysięcy zadłużonych we frankach Polaków.

— W ciągu niespełna kwadransa koszt obsługi miesięcznej raty w wysokości 500 franków spadł o 150 zł — zauważa Marek Nienałtowski, główny analityk Domu Kredytowego Notus.

Analitycy są zgodni, że SNB jest wystarczająco zdeterminowany, by bronić ustalonego na 1,2 kursu EUR/CHF i ma duże szanse na sukces.

— Kurs franka do euro pozostanie na tym poziomie przynajmniej przez kilka miesięcy — uważa Dorota Strauch.

Nie oznacza to wprawdzie, że za franka będziemy płacić nie więcej niż 3,5 zł — wiele zależy bowiem od tego, jak złoty będzie się zachowywał wobec euro.

— Możemy być świadkami pewnego osłabienia złotego wobec franka, jednak nie będą to poziomy 4,5 czy 5 zł, które jeszcze miesiąc temu były realne — dodaje analityk Raiffeisen Banku.

— Ewentualne zwyżk na parze CHF/PLN — jeśli nastąpią — nie będą już tak dotkliwe jak w ostatnich tygodniach — dodaje Kamil Oziemczuk.

Może się jednak okazać, że frank będzie tracił na wartości. SNB uważa bowiem, że nawet przy poziomie 1,2 za euro jest mocny i powinien się osłabić. Bank zapowiada podjęcie dalszych działań w tym kierunku (uzależnia je od sytuacji gospodarczej i ryzyka związanego z cenami). Wcześniej szwajcarskie ministerstwo gospodarki wskazywało na 1,35 (EUR/CHF), jako kurs równowagi. Ekonomiści uważają, że wzrost do tego poziomu byłby możliwy, gdyby poprawiła się sytuacja na rynkach.

— Jeśli Fed nie zaskoczy negatywnie, nie pojawią się nowe problemy z Włochami czy Grecją, wtedy możliwy będzie taki wzrost. Przy założeniu stabilizacji kursu euro oznaczałoby to spadek notowań franka do 3,13 zł — zauważa Marek Nienałtowski.

Wojny i wojenki

banków centralnych

Najsłynniejszą potyczką banku centralnego w starciu z kapitałem spekulacyjnym był atak, jaki w 1992 r. George Soros przypuścił na funta brytyjskiego. Wtedy jednak kierunek spekulacji był odwrotny — waluta ta była przewartościowana i inwestor uznał, że opłaca się zagrać na jej spadek. W operację zaangażował równowartość 10 mld USD. Inwestor zaciągnął duże pożyczki w brytyjskiej walucie, a następnie wymienił je na markę niemiecką i franka francuskiego. Doprowadziło to do osłabienia funta, a Sorosowi przyniosło krociowe zyski, szacowane nawet na 2 mld USD.

Bank Anglii próbował się bronić, m.in. skokowo podnosząc stopy procentowe. Nic to nie dało, więc ostatecznie bank został zmuszony do dewaluacji, czyli obniżenia wartości funta do innych walut oraz wycofania go z Europejskiego Mechanizmu Kursowego (ERM).

Sorosowi przypisywano później także przyczynienie się do azjatyckiego kryzysu, który wybuchł w 1997 r. Inwestor miał wówczas duże tzw. krótkie pozycje (czyli przynoszące zyski wtedy, kiedy waluta traci na wartości) w tajlandzkim bahcie. W 2003 r. razem z Warrenem Buffettem, innym znanym inwestorem, grali podobno przeciwko dolarowi.

Wcześniej wieloletnią wojnę walutową z rynkami prowadzili Amerykanie. W latach 60. Fed drukował masowo dolary, co psuło ich wartość i doprowadziło do upadku systemu z Bretton Woods (sztywne powiązanie walut do dolara, a dolara do złota). Ostatnio zaciętą wojnę z rynkiem prowadzi też bank centralny Japonii. Stara się — podobnie jak dotąd Szwajcarzy, z marnym skutkiem — przełamać pęd inwestorów do jena, uznawanego za jedną z bezpiecznych przystani w czasie kryzysu. Tylko w sierpniu tego roku Japonia kupiła na rynku 59 mld USD.

Swoje doświadczenie, choć niewielkie, w potyczce z rynkami ma też Narodowy Bank Polski. Dokładnie 9 kwietnia 2010 r. (dzień przed śmiercią prezesa Sławomira Skrzypka w Smoleńsku) bank centralny wszedł na rynek, by osłabić złotego. Była to pierwsza bezpośrednia interwencja od wprowadzenia w 2000 r. pełnego kursu walutowego. Jak się okazało — skuteczna. Kurs ERU/PLN nie zszedł od tego czasu poniżej bronionego wówczas poziomu 3,85 zł.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk, Bartosz Krzyżaniak

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu