Polaryzacja nastrojów, wywoływana przez drażliwy temat podatków (patrz komentarz wyżej), jest całkowicie naturalna. Ba, niezgodne z samą ideą parlamen- taryzmu byłoby mówienie przez kluby akurat w tej sprawie jednym głosem.
Dzisiaj w porządku obrad Sejmu znajdują się punkty mniej zapalne (choć założenie to może nie wytrzymać próby politycznego życia). Odbędzie się pierwsze czytanie czterech prezydenckich projektów ustaw:
- o stanie klęski żywiołowej;
- o stanie wyjątkowym;
- o stanie wojennym;
- o wyrównaniu strat majątkowych wynikających z ograniczenia w czasie stanu nadzwyczajnego wolności i praw człowieka i obywatela.
Cztery lata temu ten sam urzędnik prezydenta, szef BBN Marek Siwiec, przedstawiał temu samemu - ale nie takiemu samemu — organowi trzy projekty z powyższej listy (czwarty, nowy, jest ich koniecznym uzupełnieniem). Pustawa sala przyjęła je wówczas z demonstracyjną obojętnością. A potem padł legislacyjny rekord — projekty utknęły na 1452 dni, czyli na zawsze. Po prostu Sejm poprzedniej kadencji uznał, że w ogóle nie zajmie się tymi ustawami — uchwali własne, lepsze.
Produkcja ustawy o gotowości cywilnej i zarządzaniu kryzysowym trwała nieprawdopodobnie długo — przez całą kadencję. Uchwalona została dopiero w czasie powodzi, 26 lipca 2001 r., a w życie miała wejść 1 stycznia 2002 r. Nie wejdzie, jako że została zawetowana w ramach akcji oszczędzania. Prezydentowi trafiła się kapitalna okazja do odpłacenia Sejmowi pięknym za nadobne. To oczywiste, że również rozpatrywane dzisiaj projekty obciążają budżet — ale podpis ich autora pod ostateczną wersją mają zagwarantowany.
Taką samą gwarancję uzyskały ustawy firmowane przez rząd Leszka Millera. Poza tym prezydent będzie — jeśli zajdzie potrzeba — do minimum skracał swój czas na podpis. I dlatego na przykład nowelizacja ustawy o PIT z pewnością do 30 listopada znajdzie się w Dzienniku Ustaw.