Teatr spółka z o.o.

Jolanta Grabowska
27-05-2005, 00:00

Wyzwanie? Prywatny teatr w kraju, w którym tylko państwowa scena ma szansę na dotację.

Wielu się sparzyło, nielicznym się udało... Mimo to kolejni próbują. W Warszawie czy we Wrocławiu powstają prywatne sceny. To przedsięwzięcie wysoce ryzykowne — stale towarzyszy mu widmo plajty. Jak każdemu biznesowi. A nawet bardziej, bo produkt jest niewymierny...

— Nie jesteśmy instytucją kultury, tylko spółką z o.o. — mówi Janusz Stokłosa, kompozytor i prezes Studia Buffo, pierwszego prywatnego teatru w Polsce.

Wszystkie komercyjne sceny działają jako spółki. Traktowane są jak każde inne przedsiębiorstwo: płacą podatki, prowadzą księgowość. I muszą na siebie zarabiać, żeby przetrwać... Teatr jest towarem, który trzeba rozreklamować i sprzedać. Ilu więc właścicieli, tyle patentów na przyciągnięcie widzów i zapełnienie firmowej kasy. A obok — dotowane przez państwo sceny grają hity z nowojorskiego Broadwayu, londyńskiego West Endu i bulwarów Paryża.

Na trzy głosy

Współistnienie prywatnego z państwowym nie jest łatwe. Podkreślają to wszyscy właściciele prywatnych teatrów. Państwowe jest uprzywilejowane: dotacje, niższe stawki za plakatowanie, miejsce w wydawnictwach promujących miasto.

— Nie mogę na Starym Mieście powiesić plakatu, nie ma nas w wydawanym przez miasto repertuarze warszawskich teatrów, wyższe są ceny plakatowania na słupach Warexpo (spółka należy do samorządu i jest monopolistą) — wylicza Małgorzata Potocka, właścicielka Teatru Sabat.

— Trzy lata temu wydana została „Mapa teatrów warszawskich” — nie zostaliśmy na niej uwzględnieni — wtóruje jej Janusz Stokłosa.

— Urzędnicy nie widzą, że moglibyśmy być atrakcją dla turystów. Choć w promieniu 300 km nie ma innej rewii — mówi Robert Ziarkowski, dyrektor promocji poznańskiej Vivy.

— Władza u nas bywa... I cieszy się, że nie musi dokładać — puentuje Małgorzata Potocka.

Sabat wita przyjaciół

Kilka minut przed 19.00, w Teatrze Sabat przy ul. Foksal w Warszawie pojawiają się pierwsi goście. W progu długonoga hostessa częstuje miodem pitnym. Z głośników płynie muzyka Louisa Armstronga — przywodzi na myśl przedwojenne rewie i kabarety. Wnętrze w stylu fin de siecle — dużo czerwieni, brakuje tylko palącego cygaro dżentelmena w garniturze z tenisu...

Po godzinie, kiedy kolacja zostanie już podana, rozpoczyna się spektakl. Pierwsza na scenie — w towarzystwie dwóch panów we frakach — pojawia się gwiazda, reżyser, choreograf, dyrektor finansowy i właścicielka w jednej osobie — Małgorzata Potocka. Wita gości. Dobrze wie, jak ważne jest dopieścić klienta, sprawić, żeby poczuł się jak ktoś wyjątkowy. Dziś szczególnie ciepłe słowa kieruje do ludzi z GlaxoSmithKline, którzy tym miłym akcentem kończą całodniowe szkolenie. Rusza show „Witaj Europo”, wymyślony specjalnie z okazji wejścia Polski do Unii Europejskiej. Na scenę wbiegają tancerki. Jak w wideoklipie zmieniają się sceny, kostiumy, muzyka.

— Jedzenie i alkohole to sponsorzy naszych spektakli. Z samych biletów nie bylibyśmy w stanie regulować bieżących płatności, spłacać kredytu i przygotowywać co najmniej dwóch premier w roku — tłumaczy Małgorzata Potocka.

Wcześniej z kilkoma wspólnikami prowadziła klub Tango, dyskotekę z teatrem muzycznym. Ale... wspólnicy chcieli dyskotekę, ona bardziej teatr. Klub sprzedano, a Potocka powiedziała sobie: „nigdy więcej spółek”. Zaciągnęła ogromny kredyt w banku i w zrujnowanej kamienicy urządziła własny teatr. Robi to, co umie najlepiej — rewię. Przez lata pobierała nauki u najlepszych: w broadwayowskiej szkole tańca i paryskiej rewii; prowadziła też grupę baletową Sabat. Na początku to nazwisko było jej kapitałem i wabikiem na widzów.

Koszt wieczoru w rewii to 190 zł (100 zł — kolacja, 90 zł — bilet). Można też przyjść tylko na spektakl. Po przedstawieniu — dancing. Dla przeciętnie zarabiającego Polaka jest to nadal spory wydatek, nic więc dziwnego, że 50 proc. widowni stanowią cudzoziemcy. Specjalnie dla nich konferansjerka prowadzona jest po angielsku, francusku, a w razie potrzeby po niemiecku lub włosku.

Głównym źródłem dochodów są imprezy firmowe, konferencje, szkolenia, prezentacje produktów, gale, podczas których wręczane są nagrody, nawet pokazy mody.

— Koszt takiej imprezy zależy od wielu spraw: czy jest zamknięta, czy ma charakter jubileuszu, czy potrzebne będą hostessy, specjalne nagłośnienie i oświetlenie. Ale zawsze na końcu przewidziana jest kolacja i spektakl — mówi Jacek Kacprzyk, który w teatrze Potockiej pracuje od początku — zaczynał jako kelner, teraz jest głównym menedżerem.

Przez Teatr Sabat — w ciągu 3 lat istnienia — przewinęły się firmy motoryzacyjne, farmaceutyczne, ubezpieczeniowe, turystyczne. Odbywały się tu zjazdy lekarzy, notariuszy, sportowców i imprezy policyjne, a premier wręczał nagrody.

Viva z dwoma numerami

Robert Szymański z rozbawieniem wspomina początki swojego teatru.

— Ludzie wyobrażali sobie, że rewia to jest coś w typie klubu go-go, do którego panowie przychodzą na dziewczynki... — śmieje się szef Vivy z Poznania.

Od września ubiegłego roku teatr ma stałą siedzibę w dawnym kinie przy ulicy Grunwaldzkiej. Jest restauracja i bar. A po renowacji ekranu można będzie też przy kolacji oglądać filmy.

— Podstawą naszej działalności są zamknięte imprezy dla firm. Poznań to miasto targów, staramy się to wykorzystać — mówi Robert Szymański.

Przez lata pracował za granicą, jego żona Iwona tańczyła w paryskim Moulin Rouge. Po powrocie do Polski postanowili stworzyć coś na kształt słynnego kabaretu. Znaleźli wspólników. Na razie w repertuarze jest tylko jedno przedstawienie — „Hello Viva”. Przez 8 miesięcy dali ponad 70 występów. Jeżdżą z nim po kraju, może pojadą do Niemiec.

— Jesteśmy w stanie obsłużyć całą Europę! Jeżdżenie ze spektaklem to biznes i reklama w jednym. Chcemy pokazać się publiczności i opowiedzieć o naszym poznańskim miejscu — podkreśla szef Vivy.

Duży zespół rewiowy występuje dla masowej widowni, w salach na 800-1000 widzów, drugi — mniejszy — obsługuje imprezy firmowe.

— Przyjmujemy zlecenia z całego kraju. Jeśli ktoś nie jest w stanie zapłacić 20 tys. zł za całą rewię, możemy zagrać wybrane 2-3 numery. Koszt spada wówczas do kilku tysięcy złotych — zachęca Robert Ziarkowski, dyrektor promocji teatru.

Buffo czeka na hit

Warszawa, tuż za hotelem Sheraton — Studio Buffo. Na ciasnej scenie aktorzy odśpiewują finałowy song musicalu „Metro”, zrywa się burza oklasków. Przez 12 lat ten pierwszy polski musical obrósł legendą. Zagrano go ponad 1200 razy, zgromadził ponad 1,2 mln widzów. By go obejrzeć, widzowie ciągnęli autokarami z całej Polski, a wielu młodych ludzi marzyło o zrobieniu takiej kariery jak Edyta Górniak, Katarzyna Groniec czy Robert Janowski. Wciąż są chętni na bilety. Niewielu twórców w świecie może się pochwalić takim wynikiem.

„Metro”sfinansował przedsiębiorca — Wiktor Kubiak. Kiedy odniosło sukces, dwaj artyści — kompozytor Janusz Stokłosa i reżyser Janusz Józefowicz — powiedzieli sobie, że wierzą w sens prywatnego teatru w Polsce. Po tym, jak w 1996 r. wyrzucono ich z Teatru Dramatycznego, zdecydowali się otworzyć własną scenę. I znów się udało! Zdobyli silną pozycję artystyczną i ekonomiczną, głównie dzięki rewiom piosenek z PRL. Przy teatrze powstały studio nagrań i restauracja, a do kasy wpływało rocznie do 8 mln zł. Ale wtedy okazało się też, że nie są już na rynku sami. Wyrosła im państwowa konkurencja, która za publiczne pieniądze gra podobny repertuar: Syrena i Roma. Pierwszy świeżo wyremontowany. W drugim Wojciech Kępczyński, nowy dyrektor, zmienił profil z operetkowego na musicalowy. Teatry dramatyczne, zamiast sztuk z górnej półki, zaczęły wystawiać farsy.

— Przerażająca jest liczba teatrów grających repertuar bulwarowy! To trochę tak jak ze szkolnictwem. Żeby przyciągnąć uczniów, organizuje się kursy tańca — w miejsce polskiego uczy się polki. Z misyjnością nie ma to nic wspólnego! — oburza się Janusz Stokłosa.

Roma dostaje od miasta blisko 10 mln zł, Syrena — ponad 3 mln zł. Studio Buffo, tak jak i inne prywatne teatry w Polsce, nie dostało i nie dostanie ani złotówki dotacji. Wojciech Kępczyński tłumaczy, że państwowe pieniądze idą na remonty i utrzymanie rozsypującego się gmachu, a on i tak musi szukać sponsorów, którzy dołożyliby się do produkcji spektakli.

— To jakby mi ktoś dopłacał połowę do biletu. W państwowym teatrze ani sukces, ani klęska nie mają konsekwencji. W naszym wypadku jest odwrotnie — jeśli się coś nie uda, nie mamy co jeść — podkreśla Janusz Stokłosa.

Po 2000 r. Buffo trochę przygasło, część artystów odeszła do konkurencji. Janusz Józefowicz wyjechał na dwa lata do Rosji, gdzie zrealizował wielkie widowiska: rosyjskie „Metro” i „Czarownice z Eastwick”. Stokłosie zaś marzy się wystawianie na dużych scenach. Studio Buffo mieści się w dawnym kinie. Na rozmach brakuje miejsca.

— Chcieliśmy wynająć na spektakl salę w Teatrze Polskim. Pewien młody człowiek powiedział mi, że jest tam właśnie od tego, żeby nas nie wpuścić. A staniki, pampersy, święto kartofla wpuszczają! — oburza się Stokłosa.

Nadal wychodzą na swoje, ale prosperity to to już nie jest. Ostatnia superprodukcja — musical „Romeo i Julia” — kosztowała 1,5 mln zł. Wystawiają go na Torwarze, bo to jedyne miejsce w Warszawie, które mieści scenografię i ma odpowiednio dużą widownię. Ale zanim będzie można powiedzieć, że jest to hit, „Romeo i Julia” musi pójść przy pełnej widowni kilkadziesiąt razy...

Bajka poznała realia

Problemów z promocją nie ma Kino-Teatr Bajka. Należy do grupy medialnej ITI. Właściwie powinien nazywać się odwrotnie: teatr-kino, bo 60 proc. repertuaru to spektakle, 30 proc. koncerty, reszta — filmy. W budynku przy Marszałkowskiej od 20 lat działało kino, ale nie miało perspektyw rozwoju...

— To miejsce potrzebowało nowej formuły — mówi Mariola Berg, dyrektor Kino-Teatru Bajka.

Pierwszy spektakl zagrano we wrześniu 2004 r. Był to monodram „Belfer”, którym Wojciech Pszoniak po latach wracał z Paryża. Przedstawienie promowano niczym kinowy hit.

Mariola Berg jest przekonana, że reklama jest konieczna, aby odnieść sukces. Promocja „Belfra” połączona więc została z promocją zmienionej Bajki. Były spoty w telewizji (TVN, TVN24), w multipleksach, ogłoszenia w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej” i „WiK” oraz plakaty. Monodram wystawiono w Warszawie 60 razy.

— Teraz „eksploatujemy” go w Polsce — mówi szefowa Bajki.

A co w repertuarze? Raczej lekko: komedie, spektakle z muzyką (powodzeniem cieszą się „Ballady morderców”), koncerty, kabarety, bajki dla dzieci, raz w miesiącu — jazz. I koniecznie znane nazwiska: Szczepkowska, Stenka, Stuhr, Peszek, Drozda, Adamek, Pazura...

Zapaleńcy-straceńcy?

Jesienią 2004 r. zadebiutowała scena w Fabryce Trzciny, prywatnym centrum kulturalnym na warszawskiej Pradze, założonym przez producenta i kompozytora Wojciecha Trzcińskiego. W programie — spektakle miejskiego Teatru Nowego i produkcje niezależnych grup.

We Wrocławiu dwaj aktorzy związani z Teatrem Polskim — Paweł Okoński i Wojciech Dąbrowski — założyli prywatny zespół specjalizujący się w farsach i komediach. Przez siedem lat jako Teatr Poniedziałkowy grali w wynajmowanych salach. Od tego roku będą stale występo- wać w sali Wrocławskiego Teatru Lalek, która wieczorami stała pusta. Wystartowali w sylwe- stra jako Wrocławski Teatr Komedia.

Własne teatry zamierzają również otworzyć znani aktorzy: Krystyna Janda i Emilian Kamiński. Janda za 1,5 mln zł kupiła dawne kino Polonia przy pl. Konstytucji, następne 2 mln zł pochłonie remont i wyposażenie. Otwarcie sezonu w Teatrze Polonia planowane było na jesień, ale już wiadomo, że nic z tego nie wyjdzie...

— Czekam wciąż na zezwolenie na remont. Składam wnioski w różnych instytucjach. I czekam. To wszystko jest strasznie skomplikowane — przekonuje aktorka, która niemało ryzykuje.

Zainwestowała pieniądze własne i rodziny (sprzedała dom). Boi się, ale wierzy, że się uda.

Emilian Kamiński dostał 5 mln zł dotacji unijnej. Teatr Otwarty — bo tak się będzie nazywać — powstanie w kamienicy naprzeciwko Opery Kameralnej. Ma to być wspólne przedsięwzięcie fundacji Atut, którą prowadzi, i samorządu, do którego należy budynek. Fundacja kwotę potrzebną na własny wkład dostanie od urzędu miasta (1,4 mln zł) oraz od resortu kultury (200 tys. zł).

I Jandzie, i Kamińskiemu marzą się miejsca z ambicjami, otwarte dla młodych twórców i kontrowersyjne projekty. Ale... Sama sztuka wysoka nie zapełni im sal, a trzeba z czegoś opłacić rachunki! Rozwiązanie? Repertuar mieszczański, koncerty, kabaret.

Sponsor na aktorze

Nikt dokładnie nie wie, ile jest prywatnych teatrów w Polsce. Większość to efemerydy. Ich tymczasowość dobrze oddają nazwy: Na Jeden Wieczór, Na Wynos, Nic Pewnego, Sztuki Bezdomne. Takich teatrów amatorskich czy półamatorskich jest pewnie kilkaset. Prawdziwych scen komercyjnych — ze stałą siedzibą i repertuarem — zaledwie kilka. Wszystkie jednak: państwowe, komercyjne i amatorskie nie mogą obejść się bez sponsorów. Produkcja spektaklu to wydatek od kilku do kilkuset tysięcy złotych, w przypadku musicali — do kilku milionów złotych. Producenci mówią, że sponsorzy pokrywają nawet do 50-60 proc. kosztów.

Firma odzieżowa Teresy Kopias z Łodzi szyje kostiumy dla Teatru Sabat, Bata — robi buty, Joko — zapewnia kosmetyki. W rewii Viva sponsor dopłaca do biletów, w Kino-Teatrze Bajka podaje się kawę Nescafe. „Romea i Julię” współfinansuje Avon...

Sponsor wykłada pieniądze i dyktuje warunki. Ustala, gdzie ma umieścić swoje logo i ilu widzów musi je zauważyć. Dobrze, jeśli wystarczą bannery, plakaty w widocznym miejscu, specjalne podziękowania. Gorzej, jeśli chce umieszczenia logo na dekoracji albo nawet na aktorze...

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jolanta Grabowska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / Teatr spółka z o.o.