Prezydentura Jarosława Kaczyńskiego, przy jednoczesnym zajmowaniu co najmniej do jesieni 2011 r. stanowiska premiera przez Donalda Tuska, oznacza powrót do sytuacji z okresu 2007-10, gdy Lech Kaczyński był przewodnikiem duchowym opozycji — ale tym razem zjawisko to wystąpi w znacznie zaostrzonej formie. W praktyce politycznej wetowanie lub kierowanie do Trybunału Konstytucyjnego (ta druga decyzja na długo blokuje ustawę, którą po zawetowaniu Sejm mógłby uchwalić ponownie) ważnych ustaw uchwalonych przez większość rządową będzie normą.
Właśnie takie zadanie postawiła przed zwycięzcą wyborów jego partia Prawo i Sprawiedliwość, bo że przynajmniej na starcie jest to prezydentura partyjna — nikt nie może mieć wątpliwości. Wszak przez całą kampanię kandydat posługiwał się kategorią "mój rząd", wspominając świetlany — według niego — okres przyspieszonego rozwoju kraju w latach 2006-07. Jarosław Kaczyński nie ukrywał także, że zwycięstwo 4 lipca w wyścigu prezydenckim jest zaledwie pierwszym krokiem do sięgnięcia, a właściwie odzyskania, w przyszłym roku, po zwycięstwie parlamentarnym, pełni władzy w państwie.
Nawet w okresach jednorodności politycznej prezydenta i rządu kreatywność głowy państwa w obszarze gospodarczym była zerowa. W sytuacji zaś codziennego konfliktu los wszelkich projektów ewentualnie zgłaszanych przez Jarosława Kaczyńskiego będzie taki, jakiego doświadczały inicjatywy legislacyjne jego brata Lecha — w pierwszym czytaniu do kosza. Właśnie tak ułożą się relacje gabinetu i szerzej rozumianej koalicji pod wodzą PO z prezydentem z PiS, który oczywiście złoży formalnie legitymację.
Na razie jedynym pomysłem Jarosława Kaczyńskiego z obszaru szeroko rozumianego otoczenia biznesowego, którego realizacja leży w jego kompetencjach, jest zapowiedź kontynuowania prac Narodowej Rady Rozwoju, wymyślonej i powołanej przez Lecha Kaczyńskiego.