To nie są ćwiczenia!

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2021-11-08 20:00

Przytoczone w tytule dramatyczne hasło funkcjonuje w wojsku i innych służbach w sytuacjach prawdziwego zagrożenia, aby alarm nie został potraktowany zbyt lekceważąco jako rutynowe zajęcia ćwiczebne.

Przykładem pamiętnym z historii były amerykańskie meldunki telefoniczne na Hawajach w pierwszych minutach po japońskim ataku na bazę Pearl Harbor. Na szczęście sytuacja na granicy Polski z Białorusią w odniesieniu do tragicznego przykładu wojennego z 1941 r. pozostaje nieporównywalna, ale tytułowa przestroga jest w pełni zasadna. Do sytuacji w Polsce pasuje właściwie pierwszy raz od czterech dekad, ostatnio używała tego terminu w nocy 12/13 grudnia 1981 r. zupełnie inna władza, uruchamiając stan wojenny.

Jeszcze rok temu tłum imigrantów napierający fizycznie na polską granicę był niewyobrażalny. Od eksplozji problemu wędrówki zdeterminowanych ludów w 2015 r. z Bliskiego Wschodu, także dalszej Azji, a zwłaszcza z Afryki był on dla nas jednak dość egzotyczny. Spojrzenie na mapę uspokajało, że po drodze z szeroko rozumianego Południa do Polski znajduje się tyle państw, że jesteśmy zabezpieczeni grubym buforem. Jedynym realnym zagrożeniem jawiło się ewentualne przetarcie imigracyjnego szlaku przez osłabioną konfliktami Ukrainę. Natomiast co do Białorusi, jak też Rosji (mowa o naszym styku z obwodem kaliningradzkim) wydawało się to absolutnie niemożliwe. Ba, rządzący w tych obu państwach dyktatorzy, Władimir Putin i Aleksander Łukaszenko, paradoksalnie gwarantowali, że nie dopuszczą do wlania się imigracyjnego tsunami na ich terytoria i przynajmniej w tym wątku Polska jest z kierunku wschodniego bezpieczna. Aleksander Łukaszenko postanowił jednak odegrać się na Zachodzie za nieuznawanie jego wyboru i zewnętrzne podtrzymywanie na Białorusi demokratycznego ruchu oporu. Obiektywnie trzeba przyznać, że jego plan jest równie szalony, co realizacyjnie skuteczny. Uruchomił imigracyjny most powietrzny i zaatakował wraży Zachód żywymi torpedami z importu.

Dobrze zorganizowani przez białoruskie służby imigranci podjęli desperacką próbę przełamania polskiej granicy wielotysięcznym tłumem.
HANDOUT / Reuters / Forum

Na sytuacji Polski kolejny raz ciężko odciska się nasze położenie geograficzne. Przecież imigracyjne tłumy w 99,9 proc. absolutnie nie zamierzają pozostawać w Polsce, lecz po prostu przemaszerować – nawet pieszo – i w zwartym szyku wkroczyć do wyśnionych Niemiec. Do czego oczywiście nie dopuściliby nasi zachodni sąsiedzi, zatem dzikie obozowiska wyrosłyby po polskiej stronie Odry i Nysy. Zatem regularne starcia polskich pograniczników i wojska z napierającymi tłumami zdeterminowanych imigrantów to pośrednia obrona terytorium Unii Europejskiej, ale przede wszystkim Rzeczypospolitej Polskiej.

Tak naprawdę wypada się modlić, by na granicy nie polała się krew. Żadna – imigracyjna, polska czy białoruska. Dopóki polska obrona ogranicza się do takich środków przymusu bezpośredniego, jak gaz czy woda, coraz bardziej dramatyczna sytuacja znajduje się jednak pod kontrolą. Będzie znacznie gorzej, jeżeli dojdzie do prowokacji lub ktoś po prostu nie wytrzyma nerwowo i rozlegną się strzały z ostrą amunicją. Wtedy naprawdę zacznie mieć znaczenie, że to frontowa granica Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego. Pozostając przy nadziei, że aż takiego kryzysu nie doczekamy, wypada powtórzyć tytuł – to nie są ćwiczenia!