Po zakończeniu ponadgodzinnej rozmowy Dariusz Przybyła miał do nas duży żal. Powiedział, że jest mu bardzo przykro, bo żyje w kraju, w którym uczciwość budzi podejrzenia.
- „Puls Biznesu”: W jakich okolicznościach poznał pan Osmana Yildiza?
Dariusz Przybyła: Handlowałem nawozami. Kupowałem je głównie na Białorusi, także w Rosji i na Ukrainie. Część tych nawozów sprowadzałem do Polski i sprzedawałem zakładom chemicznym, PGR-om i zrzeszeniom firm rolniczych — na przełomie lat 1991-92. Prezes pewnej spółdzielni powiedział mi, że zna Turka, szukającego dostawców nawozów — ludzi, którzy mają kontakty na Wschodzie i potrafią tam te nawozy zakontraktować. Przyprowadził go do mego biura.
- Jak się stał pańskim dłużnikiem?
D.P.: Miałem dobre kontakty z dostawcami na Wschodzie, a on — z odbiorcami na Zachodzie. Zarobione pieniądze dzieliliśmy pół na pół. Firma, która płaciła nam prowizję, musiała ją przelać na konkretny rachunek. I tu popełniłem błąd — pieniądze trafiały na wspólne konto. Początkowo starałem się to kontrolować, bo zbyt krótko znałem Osmana. Ale po kilku rzetelnie rozliczonych transakcjach nabrałem do Osmana zaufania. Siadaliśmy do stołu z kartką papieru i liczyliśmy wszystko wspólnie. Nie biegałem do razu do banku, by podjąć to, co mi się należy. Pieniądze się kumulowały.
- W którym momencie zorientował się pan, że nie wszystko jest w porządku?
D.P.: W sierpniu lub wrześniu 1993 roku. Konto było wspólne, ale nie w sensie formalnym... Dysponował nim on. Kiedy w końcu poprosiłem, by wypłacił mi moją część zysków, powiedział, że to możliwe, ale w przyszłym tygodniu. Niczego nie podejrzewałem! I tak przez wiele miesięcy.
- Kiedy się pan przesądził, że już ich nie zwróci?
D.P.: Nawet kiedy wystawiał mi weksel — w 1995 r. — uważałem, że robi to w dobrej wierze, bo... Sądziłem, że popadł w kłopoty. Miał już wcześniej długi — właśnie około miliona dolarów. Sądziłem, że ktoś na niego bardzo naciskał, że być może użył moich pieniędzy do pokrycia długów. Tak naprawdę straciłem złudzenia, kiedy minął termin zwrotu, zapisany na wekslu.
- Co robił Yildiz po tym, jak panu w roku 1995 wystawił weksel?
D.P.: Zmienił wszystkie znane mi numery telefonów. I zniknął z Polski! Nie miałem z nim kontaktu. Spotkaliśmy się dopiero w 1999 r. Przedstawiłem mu weksel, którego termin zapłaty właśnie się zbliżał. Odmówił.
- Jaki związek miała historia Yildiza z inwestycją w Gdańsku?
D.P.: Nie miało związku... Inwestycję w Gdańsku traktowałem wtedy jako „działalność pomocniczą”.
- A może zabrakło panu pieniędzy na otwarcie restauracji w Gdańsku, bo Turek ich nie zwrócił?
D.P.: Gdańska inwestycja nie była tak kosztowna — nie wymagała aż takich pieniędzy.
- Kiedy pan wkroczył na sądową drogę odzyskania długu?
D.P.: Jeśli jest się wierzycielem, wyjątkowo łatwo przyjmuje się za prawdę kłamstwa dłużnika. Ufałem mu jak bratu... Przecież spędziliśmy wspólnie mnóstwo czasu. Podróżowaliśmy przez Mołdawię — w warunkach wojny domowej. Potrafiliśmy jechać ponad 2,8 tys. km non stop. Oj, było niebezpiecznie... Co kilka kilometrów stały patrole: raz 14 armii rosyjskiej, która wtedy pacyfikowała Mołdawię, pod dowództwem generała Liebiedia, innym razem — jego mołdawskich bojowników. Woziliśmy duże sumy w gotówce, bo tam nie dało się niczego wskórać — ani w porcie, ani na kolei — bez takich argumentów... Gdyby taki patrol znalazł u nas taką gotówkę, to pewnie by nas rozstrzelał gdzieś w krzakach i zagarnął pieniądze. Dla nich to były kosmiczne sumy! Ale w 1999 r. dowiedziałem się, że działał z zimną krwią — że nie jestem jego pierwszą ofiarą... Miał już wspólników, których oszukał bardzo podobnie. Była to świadomość niezwykle upokarzająca. Wtedy poszedłem do sądu.
- Wykazuje Pan przed trybunałem swoją biedę i prosi o zwolnienie z kosztów sądowych. Ale są tacy, którzy twierdzą, że ma pan jednak pieniądze. Z czego Pan żyje?
D.P.: Nie prowadzę dwóch sporów, tylko jeden. W przypadku Yildiza to już egzekucja. Jeżeli ktoś twierdzi, że mam pieniądze — niech wskaże gdzie! W ostatnich kilku latach byłem już w takiej sytuacji, że nie miałem na utrzymanie rodziny na elementarnym poziomie. Potem — fakt — miałem trochę pieniędzy. Teraz znowu ich nie mam. Tak to w życiu bywa....
- Czym była spółka Cominvest?
D.P.: Była? Cały czas istnieje. Zawiązałem ją w 1999 r. Niestety Cominvest trafił na dekoniunkturę i utrzymanie się z pośrednictwa w obrocie nieruchomościami było bardzo trudne. Odsetek ludzi, którzy nie płacili prowizji, był tak znaczny, że — chcąc to egzekwować — trzeba by nie wychodzić z sądu. Poza tym Cominvest dostał potężny cios finansowy. Prowadziliśmy roboty budowlane dla kieleckiej spółki BICK — i ta firma jest winna Cominvestowi przeszło 400 tys. zł. Miałem prawomocny nakaz zapłaty przeciw Yildizowi i sądziłem, że w ten sposób dokapitalizuję tę moją spółkę...
- Nie natrafiliśmy na żaden ślad Cominvestu. Nie ma nawet wpisu w KRS.
D.P.: W warszawskim rejestrze?
- Tak.
D.P.: Niemożliwe... Muszę sprawdzić...
- Po Dorwayu też ślad zaginął.
D.P.: O Dorwayu nic nie wiem... Sprzedałem udziały w 1993 r. Ale Cominvest jest zarejestrowaną spółką.
- Czy to czysty przypadek, że Commerzbank, do którego należy BRE Leasing, powołuje w kwietniu tego roku spółkę o nazwie Cominvest?
D.P.: Commerzbank?
- Tak.
D.P.: Nie wiem... To przypadek. Ale muszę to sprawdzić.
- A co z tym dłużnikiem z Kielc?
D.P.: Znowu pewnie dojdzie do procesu. Nie przejawia żadnej skłonności do zapłaty tych pieniędzy. Wynika to z bardzo ciężkiej sytuacji finansowej tej firmy. Ma wielkie należności za inwestycje realizowane w Warszawie i spory kłopot z ich ściągnięciem. Z tego, co słyszałem, ich udziałowcem większościowym jest Mostostal Warszawa, który — mając własne problemy — wypompowywał z tej spółki spory kapitał.
- Ma Pan jakieś inne przedsiębiorstwa prócz Cominvestu?
D.P.: Mam jeszcze Almusa. Zawiązała go moja mama. Nabyła tę gdańską nieruchomość od urzędu miejskiego, w której kiedyś miała być restauracja. Firma utrzymuje się głównie z wynajmu tej nieruchomości i z drobnych operacji pośrednictwa w obrocie nieruchomościami.
- Spotkaliśmy się też z informacją, że wyprowadził pan pieniądze z jakiegoś lubelskiego przedsiębiorstwa budowlanego.
D.P.: Miałem do czynienia z lubelską firmą Lubwar, która kupowała nawozy od Dorwaya. Zapamiętałem to, bo jej właścicielka pieniądze ze sprzedaży przelewała na prywatny rachunek do Niemiec — zamiast przeznaczać je na regulowanie zobowiązań spółki. No i później było postępowanie karne, gdzie wzywano mnie na świadka.
- Pańscy przeciwnicy zwracają też uwagę, że ma pan nadzwyczaj dobry kontakt z sądami...
D.P.: To jakaś kpina...
- Jeden z naszych rozmówców powiedział, że jest pan niebezpieczny: bardzo inteligentny, świetnie zna prawo i działa w złej woli. Kim pan jest, panie Przybyła?
D.P.: Jestem konsekwentny, zwłaszcza kiedy czuję się oszukany i poniżony. Arogancja, nonszalancja i złe traktowanie mobilizuje mnie, dodaje energii. Domagam się swoich pieniędzy! Chcę, by sprawiedliwości stało się zadość. Czy to zła wola? I drugi przypadek: po pięciu latach procesu spółka BRE Leasing zgłasza propozycję, że nikt nikomu nic nie płaci. Nie wiedziałem, czy mam się śmiać, czy płakać?
- Może jest pan zbyt naiwny?
D.P.: Nie. Po prostu nigdy nie czułem miłości do pieniędzy. Jestem za mało czujny — i dlatego mam takie przygody.
- Yildiz jest winien Panu milion dolarów. Od BRE Leasing domaga się pan 2,3 mln zł, kielecka spółka — jak pan twierdzi — jest winna panu 400 tys. zł. Pana życie polega na ściganiu dłużników...
D.P.: Nasze prawo jest takie, że w Polsce bardzo łatwo przywłaszczyć sobie czyjeś pieniądze.
- To prawda, że Yildiz siedzi w więzieniu na Białorusi?
D. P.: Nie udało mi się tego potwierdzić. Myślę, że gdyby był na wolności, to już by tu przyjechał. I kłamał.
- Czy to możliwe, by ten sam Osman Yildiz miał coś wspólnego z collegem w Pensylwanii (jako „brother of State Colleg’em Mosque Islamic Society of Central Pennsylvania”)?
D. P.: No niemożliwe...
- W Internecie — na tureckich serwerach — nie znaleźliśmy informacji o działalności komercyjnej Yildiza. Znaleźliśmy za to list, podpisany przez niejakiego Osmana Yildiza, w którym twierdzi, że Izrael i Bill Clinton to terroryści i że Allah...
D.P.: To raczej nie ten Yildiz! Osman Yildiz, którego znam, miał kontakty z komunistyczną partią Turcji i poprzez nią — jak mi opowiadał — w młodości miał do czynienia z organizacjami, które dziś zostały uznane za terrorystyczne — na przykład Szare Wilki... Co do Allaha... Ten człowiek jest zaprzysięgłym ateistą. Wierzy tylko w siebie, szmal i w to, że jest w stanie wykiwać każdego.
