Stworzenie w Polsce systemu ubezpieczeń zdrowotnych jawi się trzynastą pracą Herkulesa. Spośród tuzina zadań wykonanych przez mitycznego herosa, porównywalne co do trudności może być tylko oczyszczenie stajni Augiasza, bo przecież nie jakieś tam zdobycie złotych jabłek z ogrodu Hesperyd czy coś podobnego.
Taka nasuwa się refleksja po kolejnej debacie, zorganizowanej przez Centrum Komunikacji Medialnej Foksal pod patronatem m.in. „PB” — tym razem na temat priorytetów systemu ochrony zdrowia. Jak na spotkanie tego typu, niecodzienny był zestaw uczestników, albowiem resort reprezentował nie tylko minister Zbigniew Religa, ale i dwaj jego zastępcy, Bolesław Piecha i Jarosław Pinkas. Oprócz tego byli m.in. przewodnicząca sejmowej komisji Ewa Kopacz oraz niedoszły minister Andrzej Sośnierz, poseł PO.
Zgodnym wnioskiem z debaty jest uznanie konieczności stworzenia koszyka gwarantowanych świadczeń zdrowotnych, finansowanych ze środków publicznych. Jeszcze się to nie zaczęło, a już zapowiada się wojna wszystkich ze wszystkimi. Przecież każde schorzenie i każdy zabieg będzie miał lobbing — pacjentów, lekarzy, producentów farmaceutyków etc. Jest oczywiste, że znalezienie się poza koszykiem — oznaczające konieczność finansowania leczenia z dodatkowego ubezpieczenia lub z własnej kieszeni — może być w sensie dosłownym sprawą życia i śmierci.
Minister Religa optymistycznie stwierdził, iż wizja systemu i jego harmonogram już są. Na pytanie „gdzie?” odpowiedział „w mojej głowie”. Wygląda ona na pojemną, jednak pewnym problemem może okazać się transmisja wizji z głowy do ustawy. Resort z góry przewiduje, że wojna o koszyk potrwa długo, przynajmniej do roku 2007. Niestety, na horyzoncie nie widać żadnego Herkulesa...