Tylko się przyglądali

Jacek Konikowski
opublikowano: 2004-03-19 00:00

Sukces, pieniądze, rodzinna sielanka. Tak było jeszcze w ten wieczór, gdy do willi Dariusza Dąbskiego, bliskiego współpracownika Romana Kluski i byłego szefa Optimusa, wkroczyła policja.

Potem nastało 9 miesięcy stresu, niepewności i bezsilności. I zawał.

W czasie stanu wojennego Dariusz Dąbski — reprezentant kadry narodowej w judo — wyjechał do Ameryki i został tam kilkanaście lat, rozpoczynając dorosłe życie. Studia w Mercem College i dyplom MBA Uniwersytetu Columbia otworzyły drzwi do kariery w biznesie: wpierw dyrektor generalny Executive Fitness Centers, potem skok na szefa St. Louis Leasing International. American dream: judoka z biednego kraju zza „żelaznej kurtyny” (kiedyś) staje się atrakcyjny dla każdego headhuntera w Ameryce.

W Stanach poznał przyszłą żonę, Erin, tancerkę w St. Louis Metropolitan Ballet, córkę znanego producenta reklam. Gdy w Polsce upadł komunizm, Dąbskiemu zaświtała myśl, by wrócić.

— Transformacja gospodarcza w Polsce to był czas wielkich możliwości. Wierzyłem, że mogę tu coś zrobić — nie pieniądze, bo w Ameryce byłem wystarczająco ustawiony i niczego nam nie brakowało. Wciąż byłem Polakiem. W sercu i na papierze. Coś wielkiego działo się w Polsce. Chciałem w tym uczestniczyć, choć przez moment — wspomina Dąbski.

Jego żony, Erin, wcale nie zachwycał wyjazd do kraju, o którym mówiono w Stanach, że jest biedny, pochmurny i smutny. Dąbskiemu udało się przekonać nie tylko ją, ale i szefów St. Louis Leasing International. Przełożeni zgodzili się, by — w ramach holdingu — stworzyć nad Wisłą firmę handlującą komputerami.

W 1991 roku Dąbscy wylądowali na Okęciu.

Nowe szanse

Za oceanem wielu się śmiało, gdy mówił, że chce sprzedawać w Polsce komputery: przecież Polacy nie mają na nie pieniędzy!

— To prawda. Dlatego najpierw będziemy im sprzedawać to, na co mogą sobie pozwolić. Komputery używane — przekonywał sceptyków.

Pomysł był strzałem w dziesiątkę. Wkrótce jego firma ACG zaczęła pracować z największymi — 5 lat z rzędu miała tytuł największego partnera IBM i Lexmark w Polsce. Dąbski z wyrachowaniem zatrudniał głównie ludzi młodych, bez „komunistycznych” nawyków. Uczył ich biznesu po amerykańsku i tego, że najważniejsza jest uczciwość, rzetelność i etyka.

— Paradoksalnie: wcale nie byliśmy najtańsi, ale ludzie u nas kupowali, bo — prócz produktu — dostawali coś, co wówczas nie było jeszcze towarem masowym: niezawodność, wysoką jakość, doskonałą obsługę klienta. Każdy, kto miał problem, mógł zadzwonić do firmy nawet o północy — z pewnością, że nikt go nie zlekceważy. I ludzie to doceniali — opowiada.

Firma dobrze się rozwijała. Dąbscy nie planowali jeszcze osiąść w Polsce. Zbyt wiele zostawili za oceanem. Dariusz Dąbski nadal pracował dla firm amerykańskich. W St. Louis wciąż działało jego główne biuro, w którym pojawiał się kilka razy w roku.

Gdy w 1997 roku — w porozumieniu z St. Louis Leasing International — sprzedał ACG, był wolny i bogaty. Miał wybór: być szefem Unilease w Atlancie, wówczas największej firmy leasingowej w Ameryce i jednej z największych na świecie, albo zostać w kraju. Długo się wahał. Pojechał nawet do Atlanty na wstępne rozmowy.

— W końcu pomyślałem, że w Ameryce może być trochę nudno. Mało wyzwań. Tam wszystko już wymyślono, pozostawała walka o utrzymanie status quo, przewagi nad konkurencją. A w Polsce pod koniec lat 90. wiele było do zrobienia, olbrzymie pole do działania. Dlatego postanowiłem pozostać. Nie dla pieniędzy. Z przekonania — mówi Dąbski.

Przyjął ofertę wiceprezesury w Netii. Pracował tam krótko, bo zaczął o niego zabiegać Roman Kluska.

Optimus

— Dla mnie już wtedy Roman był legendą, polskim symbolem american dream, odpowiednikiem Billa Gatesa, Michaela Della, którzy z niczego, mając w kieszeni kilka dolarów, a w głowie dobry pomysł, stworzyli wielkie firmy. Roman potrafił z 12 dolarów w niewielkim Nowym Sączu wyczarować firmę, która stała się nr 1 w Polsce. Miał wizje jej rozwoju, wszedł w internet, Onet, joint venture z Lockheedem Martinem... W Polsce mało kto wtedy to dostrzegał i doceniał, podczas gdy w Ameryce Roman zrobiłby oszałamiającą karierę. Czy pan wie, że gdy ekipa CNN przyjechała do Polski robić film o młodych polskich firmach wkraczających w kapitalizm i trafiła do Nowego Sącza, to nakręciła film wyłącznie o Klusce i Optimusie? Dlatego gdy Roman zaproponował mi przejście do swojej firmy, nie zastanawiałem się ani minuty — przypomina sobie — i nam — Dąbski.

Został wiceprezesem zarządu ds. sprzedaży i marketingu, a po roku zastąpił Romana Kluskę na stanowisku prezesa zarządu Optimus SA.

— To był najlepszy okres w moim życiu. Kochałem tę pracę, wyzwanie po wyzwaniu. Nawet wówczas, gdy Roman postanowił nagle sprzedać firmę i nastał trudny czas, bo i pojawili się nowi akcjonariusze i wizje rozwoju, do tego szum w prasie... Czułem się w swoim żywiole. Lubię trudne sprawy — i pociągnąłem to wszystko. Nie żałuję niczego — wspomina Dąbski.

W marcu 2001 postanowił odejść z firmy. Optimus był wówczas jedyną lokalną firmą na świecie, która regularnie wygrywała z międzynarodowymi gigantami, jak Dell, Compaq czy IBM.

— Cel, jaki sobie postawiłem, osiągnęliśmy; udało się też przeprowadzić Optimusa przez turbulencje po odejściu Romana Kluski. Zabrakło już wyzwań — mówi Dąbski o swej dymisji.

Nieoficjalnie mówi się jednak, że nie mógł pogodzić się ze strategią rozwoju firmy, forsowaną przez nowych akcjonariuszy.

Został prezesem zarządu polskiego oddziału firmy TDC Tele Danmark, narodowego operatora duńskiego należącego do grupy SBC (światowego giganta telekomunikacyjnego).

— To naprawdę coś! Trzeba było połączyć siedem niezależnych, do tego konkurujących z sobą spółek internetowych w jedną oraz znaleźć jej inwestora strategicznego. Udało się, choć przypominało to robienie hipermarketu z siedmiu kiosków — objaśnia Dąbski.

Dobre dni

W tym czasie życie państwa Dąbskich można nazwać sielanką. Mieszkali w dużym, pięknym domu w podwarszawskim Konstancinie-Jeziornie, w którym rozlegał się śmiech dwójki ich dzieci — chłopca i dziewczynki. Wiedli spokojne życie. Sukces i pieniądze były przepustką w świat warszawskiej śmietanki towarzyskiej. Dariusz Dąbski został członkiem Business Centre Club, Rotary International oraz Klubu Wschodniego. Erin, której pierwsze wrażenia z Polski nie były najlepsze (napadnięto ją i wielokrotnie okradziono), coraz bardziej przekonywała się do naszego kraju.

— Byliśmy szczęśliwi z tego, jak ułożyło się nasze życie. Dariusz odnosił sukcesy, był znany i lubiany. To dodawało nam splendoru. Powodziło nam się naprawdę dobrze. Wiedliśmy bogate życie towarzyskie, bywaliśmy na przyjęciach i balach. Otaczało nas wielu znajomych i przyjaciół, wciąż poznawaliśmy nowych, ciekawych i ważnych ludzi. Przyszłość jawiła się w jasnych barwach. Przestałam myśleć o powrocie do Ameryki — wspomina Erin Dąbski.

Niepokój

W lipcowy wieczór 2002 roku Dąbski właśnie przeglądał gazety, gdy w wieczornych wiadomościach ujrzał swego przyjaciela, Romana Kluskę — skutego w kajdanki i w opasce na oczach — wpychanego do radiowozu przez uzbrojonych policjantów.

— Kompletne zaskoczenie to mało... Szok! Zupełnie nie wiedziałem, co się dzieje. Jakaś pomyłka!!! Dzwoniłem do znajomych, żeby się czegoś więcej dowiedzieć, ale nikt nic nie wiedział, byli równie zaskoczeni — opowiada.

Potem pierwsze komentarze, oświadczenie kogoś z policji lub prokuratury: Kluska jest oskarżony o wyłudzenie zwrotu podatku VAT, gdy eksportował na Słowację komputery, które potem trafiały do polskich szkół.

— Absurd! Zdałem sobie sprawę, że Roman padł ofiarą intrygi. Po raz pierwszy miałem ochotę wyjechać z Polski, bo zrozumiałem, gdzie ten kraj tak naprawdę jest: wciąż jedną nogą w komunizmie — relacjonuje Dariusz Dąbski.

Przeczuwał, że jako były prezes Optimusa też może mieć problemy. Nie sądził jednak, że ten dzień zmieni życie jego i jego rodziny w koszmar. Co prawda ze sprawą „słowackich komputerów” nie miał nic wspólnego, bo w tym czasie był wiceprezesem Netii, ale — na wszelki wypadek — postanowił „zawiesić karierę” w TDC.

— Sądziłem, że po miesiącu sprawa się wyjaśni i wrócę do pracy. Kwestia etyki zawodowej... Czekałem na rozwój wypadków — wspomina Dąbski.

Nie za długo.

12 marca 2002 roku

Późnym wieczorem, około godziny 21. Erin Dąbski kładła dzieci spać, gdy rozległ się dzwonek u drzwi. Dariusz Dąbski, nieco rozdrażniony, zszedł na dół, żeby sprawdzić, komu przyszło do głowy składać wizytę o tej porze. W drzwiach stali policjanci.

— Pan Dariusz Dąbski? To wezwanie dla pana — ma się pan stawić w prokuraturze Apelacyjnej w Krakowie w związku ze sprawą, jaka się przeciw panu toczy — rzucił funkcjonariusz, wręczając mu papier.

Dąbski nie mógł uwierzyć własnym oczom: pieczęć prokuratury, wydział przestępczości gospodarczej, wezwanie do stawiennictwa w charakterze podejrzanego o przestępstwo gospodarcze. Zaczęło się – pomyślał. Tak rozpoczęło się 9 miesięcy, które Dąbski uważa za najczarniejsze w swoim życiu.

19 marca 2003 roku, w towarzystwie ojca, pojechał do Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie, aby stawić się przed prokuratorem. Adwokat uspokajał: chodzi tylko o zapoznanie się z aktami sprawy i ewentualnie złożenie wyjaśnień. Najdalej po godzinie będzie w drodze do domu. Adwokat nawet z Dąbskim nie pojechał.

Godzina zamieniła się w 24 godziny. W Krakowie okazało się, że nie chodzi o zwykłe składanie zeznań i zapoznanie się z aktami. Prowadząca sprawę pani prokurator, zażądała informacji o działalności Romana Kluski.

Sięgnęła po teczkę z aktami sprawy Ap II Ds. 9/02/S. Jego sprawy. Padły zarzuty, takie same jak wobec Kluski. Dąbski odmówił składania zeznań, twierdząc, że najpierw chce się zapoznać z aktami i poznać, co mu się zarzuca. Prokurator sypnął nimi z rękawa, nie powołując się jednak na konkretny paragraf.

— Prokurator zarzucił mi, że w celu wyłudzenia podatku VAT założyłem firmę na Słowacji. A przecież ona powstała rok przed ogłoszeniem ustawy o VAT, kiedy nikt jeszcze nie wiedział, jakie przepisy się w niej znajdą. A ja w tym czasie pracowałem nie w Optimusie, lecz w Netii. Łatwo to było sprawdzić! — wspomina Dąbski.

Drugi zarzut był równie absurdalny: ukrywanie kraju pochodzenia wysyłanych na Słowację komputerów. A przecież na wszystkich dokumentach celnych SAD, którymi dysponowała prokuratura, w rubryce kraj pochodzenia stało wyraźnie „Polska” – wspomina Dąbski.

Prokurator pozostał głuchy na tłumaczenia. Zażądał od Dąbskiego obu paszportów — polskiego i amerykańskiego.

— Zamurowało mnie, bo nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Paszportów nawet nie zabrałem — bo i po co? Prokurator poinformował, że nie wypuści mnie, dopóki ich nie dostanie. Zadzwoniłem do żony i mówię: prokurator chce moje paszporty i żeby zaraz pojechała z nimi na komisariat w Konstancinie, niech policjanci przefaksują ich ksero do Krakowa. Erin była zaskoczona i przerażona. Zrobiła to. Ale gdyby nie mieli tam ksero czy popsułby im się faks, to bym pewnie z prokuratur nie wyszedł — snuje opowieść Dąbski.

Zaraz potem prokuratura ustanowiła na jego majątku zabezpieczenie wysokości 4 mln zł. Wyjątkowo dużo, ale jeszcze nie rekord, gdyż Romana Kluskę wypuszczono z aresztu za kaucją 8 mln zł i za zabezpieczeniem na majątku wysokości 30 mln zł!

— W ciągu kilkudziesięciu godzin moja kariera, wolność i majątek zostały zamrożone. Powoli docierało do mnie, że zostałem po prostu zwabiony do prokuratury — pod błahym pozorem. Widocznie nie śmieli mnie aresztować tak brutalnie, jak Romanem Kluskę, przeciw czemu protestowały i media, i Business Centre Club — przypuszcza menedżer. I dodaje:

— Byłem w szoku. Ten gmach, korytarze z pospolitymi przestępcami, prokurator. No i świadomość, że ja, Dariusz Dąbski zostałem uznany za przestępcę! To było najgorsze! — jeszcze dziś nie może o tym mówić bez emocji.

Szukał sprawiedliwości — kołatał m.in. do prezydenta Kwaśniewskiego, premiera Millera i ministra sprawiedliwości. Setki maili, listów, telefonów, w których wyjaśniał absurd zarzutów i bezprawne działanie prokuratury. Na próżno.

— Jakbym walił grochem o ścianę... Jedynie prezydent odpisał, że mu przykro, że chciałby coś zrobić, ale nie ma prawnych możliwości. Inni w ogóle nie odpowiedzieli... — opowiada Dąbski.

Senator Kazimierz Pawełek wystosował do Grzegorza Kurczuka, ministra sprawiedliwości, interpelację: „(…) Szanowny Panie Ministrze, nie będzie to z mojej strony przesada, jeśli powiem, że opisane wyżej postępowanie prowadzącej sprawę ma wyraźny charakter pozaprawnej retorsji czy nawet szykanowania, nie mówiąc o oczywistym błędzie prawnym. Poza tym, jak zeznał pan Dariusz Dąbski, jest on zastraszany przez prowadzącą sprawę prokurator oraz nakłaniany do zeznań obciążających pana Romana Kluskę”.

— Poprosiłem amerykańską ambasadę o pomoc prawną. Długo nie mogli zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. W końcu dali mi swego prawnika — wspomina Dąbski.

Szpital

Idylliczna willa w Konstancinie zmieniła się w twierdzę. Wysoki płot, alarmy, dwa wielkie italian mastiff biegające po ogrodzie, wideo intercom przy wejściu — dawały mieszkańcom pozory bezpieczeństwa.

— Jak Roman — też dostałem kilka anonimowych telefonów z pogróżkami: za forsę można łeb sprawie ukręcić, a jak nie zapłacę, to bezpieczeństwo moje i mojej rodziny może być zagrożone. Przyjaciele, w obawie przed groźbami, podarowali mi nawet kamizelkę kuloodporną. Model dla biznesmenów. Można ją nosić pod koszulą i marynarką — nic nie widać — ujawnia Dariusz Dąbski.

Stres i brak snu sprawiły, że pewnego dnia Dąbski — sportowiec, były judoka — nagle upadł na podłogę w swoim domu. Zawał serca.

— Żyje dlatego, że Erin w ostatniej chwili zmieniła plany i zrezygnowała z tenisa. Gdyby wcześniej nie wróciła do domu, już by mnie nie było... — wspomina Dąbski.

Żona wezwała karetkę i sanitariusze na jej oczach reanimowali męża — na podłodze w ich sypialni. Do szpitala trafił jeszcze trzy razy. Za każdym razie uciekał do domu, bojąc się o rodzinę.

— Erin bardzo to przeżywała. Było jej jeszcze ciężej ode mnie — rzuca Dariusz Dąbski.

— Musiałam udawać radość. Każdego ranka dzieci widziały mój uśmiech. Nie domyślały się, co się naprawdę dzieje. Wiedziały tylko, że tata jest chory. Gdy zawoziłam je do szkoły, też musiałam udawać, że wszystko jest all right, bo Konstancin-Jeziorna to bardzo mała społeczność i wieści szybko się rozchodzą. Okropne... — wspomina Erin.

W końcu nie wytrzymała presji. W maju 2003 roku wyjechała z dziećmi do Stanów.

— Odniosłem wrażenie, że Erin bardzo się na Polsce zawiodła. Dotarło do niej, że jednak te korzenie komunistyczne, zniewolenie umysłu, nawyki władzy absolutnej wciąż tkwią w Polakach. Strasznie to przeżywała... Zresztą od tej pory też ma pewne problemy ze zdrowiem, mimo że również była bardzo wysportowana — mówi jej mąż.

Na dobrą drogę

9 maja 2003 r. Sąd Rejonowy dla Krakowa Śródmieścia, rozpatrując zażalenie Dąbskiego, uchylił zakaz opuszczania kraju i nakazał prokuratorowi zwrócić mu zatrzymane paszporty. Następnego dnia pani prokurator wydała postanowienie o… ponownym zakazie opuszczania kraju, połączonym z zatrzymaniem paszportów. I tę decyzję sąd uchylił. Dąbski mógł już wyjechać z Polski i wrócić do Stanów.

— Ale pomyślałem: niech mi zrobią krzywdę, niech zrealizują pogróżki... Skoro mój dziadek z ośmioma braćmi walczył w AK i ryzykował życie dla Polski, to gdybym teraz uciekł — z powodu kilku urzędników i bandytów — to on by się chyba w grobie przewrócił! Można być patriotą albo nie, ale w takich sytuacjach jak ta człowiek się po prostu sprawdza — mówi Dąbski.

Pod koniec maja 2003 roku Naczelny Sąd Administracyjny orzekł, że nie doszukał się w działaniu Optimusa czynów zarzucanych mu przez nowosądecki urząd skarbowy. Dzień przed rozprawą Urząd Skarbowy w Nowym Sączu, by nie dopuścić do rozprawy, zaproponował Klusce ugodę: umorzenie zaległości w zamian za wycofanie skargi. Roman Kluska odmówił. Dalej wydarzenia potoczyły się już szybko.

W listopadzie 7 sędziów NSA orzekło, że i Dąbski, i Kluska nie złamali prawa. Sąd zniósł zabezpieczenie na majątku Dąbskiego. Pod koniec roku prokuratura zakończyła dochodzenie, uwalniając go od stawianych mu wcześniej zarzutów. 11 grudnia, Grzegorz Kurczuk zdymisjonował Wiesława Nocunia, krakowskiego prokuratora, występującego w sprawie Optimusa.

Do kraju powróciła żona Dąbskiego z dziećmi.

Ale główny bohater tej historii wcale nie czuje smaku zwycięstwa.

— Czuję ulgę, ale i niesmak, zawód, rozczarowanie. To się działo za przyzwoleniem rządzących, wszyscy się temu przyglądali, prawie nikt nie interweniował. W 40-milionowym narodzie przez wiele miesięcy nie znalazł się żaden sprawiedliwy — mówi ze smutkiem.

Chętnie widziałby winnych afery Optimusa za kratkami, ale...

— Właściwie... Dziękuje wszystkim, którzy wyjęli mi z życiorysu tych 9 miesięcy. Dzięki nim moje małżeństwo i moja rodzina stały się jeszcze trwalsze. A ja stałem się silniejszy, nie do złamania, i innym biznesmenem. Dotąd spoglądałem na biznes przez pryzmat wyników finansowych, obrotów, strategii. Teraz — młodych ludzi, szukających wzorców do naśladowania, którzy nie chcą dawać w łapę, aby godnie żyć i zarabiać. Sprawa Optimusa wyrządziła w ich umyśle spustoszenie. Co ci ludzie myśleli, widząc jak symbol polskiej przedsiębiorczości, uosobienie sukcesu jest wpychany do policyjnej suki? Trzeba to nadrobić. To niełatwe, bo pozostałości komunizmu tkwią w nas jeszcze głęboko. Ci, co kiedyś zadowalali się paczką kawy, telewizorem czy talonem na malucha, dzisiaj wyciągają rękę po miliony. Polska nigdy tak naprawdę nie spuściła wody po komunizmie. Wszystkie brudy pozostały. Za rok, może dwa ta woda spłynie i Polska stanie się krajem bezpiecznego biznesu — bez skorumpowanych urzędników, nękającego fiskusa i kiepskich sądów. Porządek wymusi również Unia i jej instytucje, które staną się ogólnodostępne również dla Polaków. Może to zabrzmi górnolotnie, ale chcę powiedzieć młodym ludziom: nie poddawajcie się choremu systemowi. Ja nie daję łapówek, gram czysto, wy też możecie, nie jesteście przecież „czerwonym pokoleniem” — to brzmi jak apel. Może wołanie na puszczy.

Po burzy

Prokuratura w Katowicach prowadzi dochodzenie w sprawie tajemniczych telefonów z pogróżkami pod adresem Dąbskiego i jego rodziny.

Dariusz Dąbski jest dziś prezesem polskiego oddziału Fujitsu Siemens Computers.

— Rozważam złożenie sprawy o odszkodowanie od Urzędu Skarbowego w Nowym Sączu. Pieniądze przeznaczyłbym na utworzenie fundacji: w Polsce jest wielu biznesmenów, którzy byli — lub są — w podobnej sytuacji jak kiedyś ja i Kluska. Ale przegrywają, bo nie mają środków, by się bronić. Chce im pomóc — zapowiada Dąbski.

Wśród pracowników i partnerów firmy propaguje zasady etyki i uczciwości w biznesie. Wierzy, że europejskie korzenie przedsiębiorstwa, wspaniały zespół i lojalne podejście do klientów przyniosą sukces.

Erin Dąbski zaangażowała się w działalność charytatywną na rzecz dzieci. W Konstancinie otworzyła szkołę „Ms Eris Studio of Dance & Fitness” — ucząc je tańca i postrzegania piękna.

Zostali. Mimo wszystko.

Możesz zainteresować się również: