Uciec jak najdalej...

Aleksander Krawczuk
opublikowano: 2004-10-29 00:00

A komuż z nas nie przychodzi niekiedy taka, jak w tytule myśl do głowy? Zdarza się to częściej, niż gotowi bylibyśmy przyznać, przyczyny zaś bywają różne: osobiste, domowe, środowiskowe, polityczne. Zawsze jednak chodzi o to samo — wyrwać się z więzów codziennych utrapień, zmienić wszystko wokół. Bywa jednak, że zmiana miejsca pobytu, a nawet kraju, przynosi tylko rozczarowanie; wszędzie są jakieś problemy, niejednokrotnie te same, jakie pragnęliśmy pozostawić za sobą. Najważniejszy z nich to — my sami. Już 20 wieków temu zauważył Horacy: Ci, co za morze się udają, zmieniają klimat, a nie usposobienie (caelum, non animum mutant). Kiedy świat stał się globalną wioską, prawdziwie nie ma już dokąd uciekać. Wszędzie znajdą się terroryści, politycy, wszędzie docierają media i odczuwalne są zmiany klimatu.

Gdyby jednak przenieść się dokądś tam nie w przestrzeni, lecz w czasie? Gdyby zmienić epokę, cofnąć się o ileś wieków? Wybieganie w przyszłość wydaje się zbyt ryzykowne, za dużo niewiadomych — możemy trafić np. do świata po wojnie nuklearnej lub biologicznej.

Na taki pomysł wpadł pewien pułkownik (rzekomy) armii belgijskiej w czasach międzywojennych; zrealizował go wraz z trójką młodych przyjaciół różnych narodowości, którzy, jak i on sam, narazili się policji wielu państw, zbyt formalistycznie podchodzącej do ich działalności biznesowej. Niezwykły narkotyk (dzieło pułkownika) przetransportował ich w I wiek n.e. w okolice Neapolu. Osiedli w Pompejach sprzed wybuchu Wezuwiusza. Rozwinęli ożywioną, a zarazem zyskowną działalność cywilizacyjną, produkując wódkę (wtedy nieznaną — tak było rzeczywiście!), malując karty do gry i ucząc tajników brydża, a nawet organizując drużyny piłkarskie. Niestety, ta jakże owocna praca dla dobra pompejańczyków została zakłócona, kiedy miejscowe władze — dotychczas życzliwe, mające bowiem udział w interesach — zaczęły badać, skąd „barbarzyńcy” przybyli. Jeden z nich nieostrożnie zeznał, że aż z miasta Kalisja. Urzędnik porwał się za głowę, właśnie bowiem kaliszanie napadli — pod wodzą księcia Semowita — na rzymską karawanę, zabili dwóch obywateli rzymskich i kilkunastu żołnierzy eskorty. Przybysza z wrogiego kraju wzięto pod nadzór, a po jakimś czasie (Rzym musiał sprawę rozpatrzyć) sprzedano w niewolę.

Wszystko to żywo i realistycznie przedstawia powieść Włodzimierza Zambrzyckiego „Nasza Pani Radosna” wydana przed wojną i raz tylko, o ile wiem, wznowiona po wojnie. Morał z niej taki: kto ma głowę na karku, poradzi sobie w każdej epoce — ale w każdej też może popaść w tarapaty z władzami bez winy własnej, choćby z przyczyn tak odległych, jak ów zatarg rzymsko-kaliski.

Rzeczywiście: przez okolice obecnego Kalisza wiodła odnoga szlaku bursztynowego. Wyprawa wysłana przez cesarza Nerona aż nad Bałtyk powróciła jednak spokojnie, przywożąc tyle bursztynu, że stał się on w Rzymie bardzo modny. Szlak był uczęszczany długo, a nad jego bezpieczeństwem czuwali nie Ziemowity, lecz poczciwi Wandalowie, siedzący wówczas nad górną i środkową Wisłą i na Śląsku, zapewne twórcy kultury zwanej przez archeologów przeworską. Wszystko to pokazała wystawa zorganizowana w Warszawie wiosną tego roku w Państwowym Muzeum Archeologicznym. Wystawa, choć warszawska, jest cichym triumfem poglądów szkoły krakowskiej. To jej przedstawiciele — archeolodzy, historycy, językoznawcy — od pokoleń dowodzili (wbrew stanowisku wielu innych ośrodków), że Słowianie na naszych dziś ziemiach w okresie rzymskim nie mieszkali; wykazali również, że w okolicach Krakowa i na Śląsku silne było osadnictwo celtyckie.

Jak jednak potoczyły się losy zbiegów w inną epokę? Uratowali się z miasta tuż przed wybuchem wulkanu (r. 79), odnaleźli kaliszanina, wraz z nim powrócili w międzywojenne czasy, nie zapominając o mająteczku, uciułanym w Pompejach — w postaci drogich kamieni. Dokonali przenosin przy posągu życzliwie uśmiechniętej bogini Junony. Osiedlili się w Belgii. A posąg pod nazwą Nasza Pani Radosna stał się rychło źródłem dochodów dla całej okolicy, gdy zaczęli napływać pielgrzymi.

Może zatem — mimo wszystko — uciec stąd w tamte czasy i pochwalić się, że jesteśmy z kraju pokój miłujących Wandalów, strażników bursztynowego szlaku?

Możesz zainteresować się również: