W co nie warto inwestować, kiedy nadchodzi hossa

MWIE]
opublikowano: 28-02-2012, 00:00

Na światowych giełdach od dłuższego czasu przeważa kolor zielony, a złoty jest najsilniejszy od jesieni. Jest jednak wiele inwestycji, które od początku roku wcale nie przyniosły zysków. W przypadku niektórych z nich straty były bardzo dotkliwe.

Nietrafioną strategią okazało się inwestowanie w waluty obce. Posiadacze dolarów od początku roku są stratni 9,5 proc., euro przyniosło 6,5 proc. straty, a oszczędzający w brytyjskich funtach odchudzili portfele o 7,6 proc. To jednak nic w porównaniu z 13,5-procentową przeceną jena.

Jeszcze niedawno japońskiej walucie pomagał powrót kapitału z rynków wschodzących do kraju. Teraz, gdy obawy o kondycję światowej gospodarki nieco ustąpiły, jen nie jest już tak rozchwytywany. Inwestorzy przypomnieli sobie o powolnym tempie rozwoju gospodarczego i balaście zadłużenia, który dźwiga japoński budżet. Dodatkowo politycy z Kraju Kwitnącej Wiśni postanowili pospieszyć z pomocą swoim eksporterom, którzy cierpią z powodu silnego jena.

W ślad za jenem nie chce podążać inna tradycyjnie przewartościowana waluta. Szwajcarski frank, w którym raty kredytów hipotecznych spłaca 700 tys. polskich rodzin, jak zaczarowany przykleił się do euro i zyskuje na światowych rynkach wraz ze wspólną walutą. Efekt? Nad Wisłą notowania franka wciąż są bliskie 3,50 zł, od początku roku helwecka waluta potaniała „tylko” o 5,7 proc.

Od początku roku niewiele daje zarobić fizyczne złoto.

Choć stopa zwrotu wyrażona w dolarach sięga 12,1 proc., to jednak bardziej odzwierciedla ona osłabienie amerykańskiej waluty niż prawdziwy powrót złotej gorączki. Wartość ważącej 1 uncję sztabki sięga obecnie 5515 zł, czyli zaledwie o niecałe 100 zł więcej niż na koniec zeszłego roku. W tym samym czasie najbezpieczniejsze na świecie 30-letnie obligacje amerykańskiego skarbu potaniały (licząc w złotych) o 12 proc.

Spośród giełdowych sektorów w ogonie wloką się te mniej związane z koniunkturą gospodarczą. Za oceanem najsłabiej radzą sobie spółki z sektora medycznego i użyteczności publicznej. To widać także na krajowym parkiecie.W hossie nie uczestniczą m.in. energetyczne Enea, Tauron i CEZ. Ociągają się też Pragma Inkaso i Vindexus, związane z uważaną za mało cykliczną branżą windykacyjną.

Wszystkie tegoroczne straty bledną jednak w porównaniu ze stratami, jakie przyniósłby tworzony na podstawie danych Departamentu Pracy „Indeks Zasypanych Śniegiem”. Pokazuje on, ilu Amerykanów nie dotarło zimą do pracy z powodu złych warunków pogodowych. W tym roku śnieg zasypał 167 tys. pracowników, podczas gdy jeszcze rok temu trzykrotnie więcej. To świetna wiadomość dla amerykańskiej i światowej gospodarki. — Ciepła pogoda i brak większych opadów śniegu pomaga koniunkturze w budownictwie, handlu detalicznym i ogólnie poprawia aktywność gospodarczą — oceniał w zeszłotygodniowym raporcie Ethan Harris, ekonomista Bank of America Merrill Lynch.

W praktyce na tym konkretnym indeksie żaden inwestor stracić nie zdołał. Dlaczego? Nie można go ani sprzedać, ani kupić. W pogodę można było jednak zainwestować za pomocą tzw. kontraktów pogodowych. Jeżeli zamiast zwyżek na rynkach akcji ktoś obstawiał śnieżną zimę na półkuli północnej, stracił prawdziwą fortunę. [

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: MWIE]

Polecane